Książę Lizbony i rycerze z Liege

Przemysław Nosal
16.02.2012 12:31
A A A
Andrzej Juskowiak podczas gry na stadionie w Grójcu, sierpień 200

Andrzej Juskowiak podczas gry na stadionie w Grójcu, sierpień 200 (Fot. MICHAL MUTOR / AGENCJA GAZETA)

Ilu ich tam jest? A ilu naszych? - miał rację jeden z bohaterów ''Pulp Fiction'', że w obliczu zagrożenia zawsze warto sprawdzić, ilu naszych jest lub było w obozie przeciwnika. Nie inaczej powinno być w obliczu dzisiejszych konfrontacji ze Sportingiem Lizbona i Standardem Liege.

Portugalski książę - ANDRZEJ JUSKOWIAK

W 1992 roku, mimo młodego wieku Andrzeja Juskowiaka, bo nie skończył on jeszcze 22 lat, okazało się, że nasz snajper w Polsce niczego się już nie nauczy. W barwach Lecha dwukrotnie zdobywał mistrzowski tytuł, do tego dorzucił ligową koronę króla strzelców, a podczas IO 1992 dorzucił najcenniejsze chyba swoje indywidualne trofeum - laur dla najlepszego snajpera igrzysk. Poznań za ciasny, ojczyzna za mała. Marka jaką wyrobił sobie podczas gry w reprezentacji oraz w Kolejorzu sprawiła, że ustawił się po niego wianuszek chętnych. Zawodnik początkowo udał się na testy do PSV, ale po nagłych przenosinach do Portugalii trenera, który zaprosił go na testy, Jusko zdecydował się udać za nim. I tak trafił do Sportingu Lizbona. A trzeba wiedzieć, że była to wówczas ekipa, która nie wypadła woźnemu spod pachy.

Wspomnianym trenerem zespołu był wówczas Bobby Robson, którego przedstawiać nie trzeba chyba nawet obecnej minister sportu. W obronie prym wiódł reprezentant Brazylii Luizinho (uczestnik MŚ 1982) oraz... obecny dyrektor Wisły Kraków Stan Valckx. W pomocy brylował legendarny Krassimir Bałakow oraz jeszcze bardziej legendarny Luis Figo. Wspomagał ich także reprezentacyjny kolega Bałakowa - Iwajło Jordanow. Natomiast kolegami AJ w ataku mieli być późniejsi reprezentanci Portugalii: Cadete i Capucho. Załoga silna, ale nasz snajper wpisał się w nią śpiewająco. Sam zdobył dziewięć bramek a także przyczynił się do wywalczenia tytułu króla strzelców przez Cadete (18 goli). Kibice zakochali się w nim do tego stopnia, że zaczęli skandować ''Żusko!''. A już sam fakt posiadania przydomka ma napawać w Portugalii dumą:

Grając w Portugalii nie każdy zasługuje na pseudonim. Przewinęło się wielu piłkarzy, po których nie zostały ani wspomnienia, ani tym bardziej pseudonim.

A piłkarz odwdzięczał się fanom golami zarówno w szlagierowych spotkaniach z FC Porto, jak i meczach w europejskich pucharach:

Pomimo tych drobnych sukcesików Sporting zdołał jednak wywalczyć tylko trzecie miejsce na podium, za plecami FC Porto (mistrz) i Benfiki. Podobnie było również w sezonie 1993/1994. Mimo że zespół się wzmocnił (zasilił go m.in. Paulo Sousa oraz... Jose Mourinho jako asystent sir Bobby'ego), to znów stanęło na brązowym medalu (tym razem to Benfica była pierwsza, a Porto drugie). Gorzej wypadł też sam Juskowiak, który uzbierał raptem sześć goli.

Najlepszy dla Juskowiaka okazał się jednak trzeci sezon w Lizbonie. Przed jego rozpoczęciem funkcję trenera objął Carlos Queiroz. Zanim do tego jednak doszło należało pożegnać Robsona:

Robson zaprosił nas na pożegnalną kolację do jednej z najlepszych restauracji w okolicy Lizbony, Porto Santa Maria. Spotkaliśmy się całą drużyną. Po kolacji Szczerbakow [jeden z zawodników Sportingu] wracał do Lizbony. Na głównej arterii wjechał na czerwonym świetle na skrzyżowanie i uderzył w inny samochód. Gdyby miał zapięte pasy, doznałby obrażeń, lecz nie tak poważnych. A tak wylądował na wózku inwalidzkim. Szok dla wszystkich. Robson miał pretensje do siebie, że w ogóle zorganizował tę kolację. Tym bardziej, że Szczerbakow był znany z tego, że lubił wyjść na miasto. Robson przymykał na to oko, bo Siergiej był niezwykle utalentowanym zawodnikiem.

Tym niefortunnym wydarzeniem rozpoczął się najlepszy rok Jusko w Lizbonie. Wtedy to jego ekipa, mająca już w swoich szeregach dzisiejszego trenera Sportingu Sa Pinto, wywalczyła wicemistrzostwo Portugalii (za FC Porto) oraz krajowy puchar. Polak natomiast zdobył 10 goli, stając się najlepszym strzelcem zespołu. A bramki te pakował nielichego kalibru. Juskowiak miał za sobą również całe media sportowe, które w Portugalii są niezwykle wpływowe. Jak opowiadał w wywiadzie nasz bohater:

Sportowe media w Portugalii to osobny rozdział. Jest kilka wyłącznie sportowych dzienników i roztrząsana jest każda, najdrobniejsza rzecz związaną z drużyną. Kiedyś po wygranym meczu i moim golu poszedłem w poniedziałek do kiosku, by kupić gazety, zobaczyć, co o mnie napisano. A tam właściwie nic. Jakieś analizy. Wszystko o spotkaniu ukazało się w niedzielę. Tylko skąd ja mogłem wiedzieć, że w Portugalii gazety ukazują się w niedzielę.

Po tych wszystkich popisach w pełni chwały wychowanek Kani Gostyń postanowił spróbować chleba z innego pieca. Choć jednak latem 1995 roku zamienił Sporting na Olympiakos Pireus, to jak zawsze podkreśla - Lizbona jest jego drugim domem. W końcu jego Sporting to klub blisko ludzi:

Każdy klub w Portugalii ma jakąś filozofię. Benfica to klub ludzi zamożnych, na swój stadion mówią Katedra. Sporting jest bliżej zwykłych ludzi, jest to klub przyjazny kibicom, tak chcą być odbierani. Bez skandali, bez awantur. Trenerzy oceniają młodych zawodników również pod względem zachowania. Raz na kwartał się zbierają i jeśli uznają, że ktoś się wyróżni zachowaniem ponad normę, czyli nie tylko powie „dzień dobry" i „do widzenia", to jedzie ze swoim trenerem na mecz z pierwszą drużyną, na Ligę Europy albo Ligę Mistrzów. To daje motywację i promuje dobre zachowanie.

Wszystkie cytaty pochodzą z bardzo ciekawego wywiadu "Przeglądu Sportowego" z Andrzejem Juskowiakiem. Do przeczytania tutaj.

Pobyt w Sportingu: 3 sezony (sezony 1992/1993, 1993/1994 i 1994/1995)

Bilans: 74 mecze i 25 goli

Belgijski rycerz obronny - WALDEMAR JASKULSKI

Silną pozycją w swoim klubie mógł się pochwalić również reprezentacyjny kolega Juskowiaka - Waldemar Jaskulski. Młodsi kibice mogą pamiętać go nieco słabiej, ale Jaskulski był w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych jednym z najlepszych polskich defensorów - szybkim, nieustępliwym i chętnie atakującym bramkę przeciwnika. Ligowcem był również jego starszy o pięć lat brat Dariusz - gracz między innymi Arki i Bałtyku Gdynia, Stali Stalowa Wola, Sokoła Tychy i Stomilu Olsztyn. Swoją karierę w ekstraklasie zaczynał WJ od Pogoni Szczecin. Tam wypatrzył go Franciszek Smuda i ściągnął do wielkiego Widzewa Łódź. Wiosną 1996 roku przeniósł się więc do miasta włókniarzy. Łodzianie z nim w składzie zdobyli mistrzostwo Polski i szykowali się na podbój Ligi Mistrzów. Jaskulski jednak postanowił spróbować szczęścia za granicą. Wybór padł na klub dzisiejszego rywala Wisły - Standard Liege. Jak po latach wspominał główny zainteresowany:

Z Pogonią mogłem co najwyżej walczyć w Intertoto. Mile wspominam także grę w Widzewie. Nawet zastanawiałem się często, czy nie zbyt pochopnie wyjechałem do Liege. Widzew walczył w Champions League. Być może trafiłbym do jeszcze lepszego klubu. Generalnie jednak jestem zadowolony, że los zaprowadził mnie właśnie do Standardu. Układało nam się nieźle. W pierwszym roku drużyna doszła do finału Intertoto. Potem było różnie, ale trzeba pamiętać, że Standard to specyficzny klub. Jego ambicje wciąż są ogromne - co roku chce walczyć o mistrzostwo Belgii. Stąd duże rotacje w kadrze, w tym na stanowisku trenera. Nie brakuje pieniędzy, ale z pewnością brakuje stabilizacji. Po trzech latach zostałem w klubie z trzema kolegami, z którymi grałem na początku.

Standard był wówczas ekipą silną, ale nierozdającą kart nawet w lidze belgijskiej. Największym sukcesem zespołu w dekadzie poprzedzającej przybycie Polaka były dwa tytuły wicemistrzowskie (1993 i 1995). Ówczesny trener Jos Daerden dysponował mieszanką rutyniarzy z młodymi zawodnikami, którzy dopiero mieli zrobić kariery (np. Brazylijczyk-Tunezyjczyk Francileudo Dos Santos, Belg Bernd Thijs, etatowy reprezentant Wenezueli Ricardo Paez czy późniejszy zawodnik Ajaxu Wamberto). Nie wszystko jednak działało tak jak trzeba. Klub w ciągu trzech lat pobytu w nim Jaskulskiego nigdy nie znalazł się nawet na ligowym podium. W efekcie sezon po sezonie czyszczono kadrę i zmieniano trenera (przez trzy lata w klubie urzędowało trzech trenerów - każdy od początku do końca sezonu). W końcu przyszła również kryska na Polaka i w 1999 roku zamienił on pierwszoligowy Standard Liege na drugoligowy FC Liege. Po półtora roku Jaskulski postanowił wrócić do ojczyzny. Najpierw pojawił się na krótko w Radomsku, a później zakończył karierę w KP Police. Tutaj można przeczytać ciekawy wywiad z nim (z niego pochodzi powyższy cytat), a tutaj jego wspominki.

Pobyt w Standardzie: 3 sezony (sezony 1996/1997, 1997/1998 i 1998/1999 - ten ostatni już tylko na ławce)

Bilans: 49 meczów i 3 gole

Belgijski rycerz ofensywny - ANDRZEJ KUBICA

29.07.2006 LECZNA EKSTRAKLASA GORNIK LECZNA - GKS BELCHATOW N/Z ANDRZEJ KUBICA , EDWARD CECOT FOT MAREK KOPEC / AGENCJA GAZETA

W pierwszym roku pobytu w Liege (czyli sezonie 1996/1997) Jaskulski miał w klubowej szatni kolegę z Polski. Napastnik Andrzej Kubica, po tym jak się nie zmieścił w składzie gwiazdorskiej wówczas Legii, postanowił poszukać futbolowego szczęścia w Belgii. Najpierw przez pół roku grał w KSV Waregem. Czynił to na tyle dobrze (15 meczów i 7 goli), że zwrócił na siebie uwagę szperaczy Standardu Liege. Tutaj jednak nie zdążył podbić świata. Zagrał w dziesięciu meczach rundy jesiennej, strzelił dwa gole i został wypożyczony do francuskiego OGC Nice (później z tym klubem zdobył Puchar Francji). Gdy po pół roku wrócił do Standardu nie było już dla niego miejsca w gospodzie zespole. Poza Polakiem do gry w ataku ekipy z Liege pretendowało wówczas aż ośmiu zawodników, w tym także wschodzące gwiazdy - bracia Mpenza. Kubica przesiedział więc rok na ławce i trybunach, a następnie przeniósł się do Maccabi Tel Awiw, gdzie został królem strzelców. W Izraelu grał przez pół dekady, z półtoraroczną przerwą na popisy w Japonii. W 2005 roku wrócił do Polski. Przez dwa lata grał w Górniku Łęczna, po czym zakończył profesjonalną karierę i... rozpoczął amatorską w zespole Błękitnych Sarnów, którego jest wychowankiem.

Pobyt w Standardzie: 1,5 sezonu (jesień 1996 oraz spędzony w całości na ławce 1997/1998)

Bilans: 10 meczów i 2 gole

Inni dworzanie

Kogo jeszcze znajomego można byłoby podpytać o Sporting i Standard? O obecności Stana Valckxa w tej pierwszej ekipie już pisałem. Wychowankiem klubu, który raz zagrał również w seniorskiej drużynie jest David Caiado, później również gracz Zagłębia Lubin (dziś Caiado gra w... Bułgarii). Jeden występ w lizbońskim teamie ma również świetnie znany z Legii i Korony Edson. O obu panach można przeczytać tutaj. W juniorach Standardu przez cztery lata terminował natomiast Waldemar Stachowiak - w Polsce krążący między drugą a trzecią ligą (Arka Gdynia, Świt NDM, KSZO, Legionovia).

Nie jest to może dwór rzucający na kolana, ale zawsze to dwór - ktoś coś wie, ktoś coś słyszał, ktoś szepnął jakieś słówko.

Przemysław Nosal

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU

Komentarze (2)
Zaloguj się
  • Gość: ja

    0

    Oj, żebyście się nie zdziwili... naprawdę wielce zaskoczony bym był, gdyby Mucha kojarzyła Robsona.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX