Bohaterowie naszej młodości: Barcelona Johana Cruyffa

Łukasz Miszewski
29.03.2012 14:18
A A A
Johan Cruyff

Johan Cruyff (Johan Cruyff (Fot. MANU FERNANDEZ AP))

W ostatnich kilku sezonach nie było wcale trudno kibicować Barcelonie, prawdziwemu mechanizmowi do wymieniania dziesiątek, setek i tysięcy podań oraz wygrywającemu wszystko, co tylko jest do wygrania. Wciąż jeszcze gdzieś tam, daleko w górach żyje jednak zarośnięte, dzikie plemię kibiców, które katalońską drużynę pokochało w czasach zdecydowanie dawniejszych, niemalże dwie dekady temu.

Cruyff piłkarzem był wybitnym. Że umiejętności boiskowe po jednej stronie linii bocznej nie idą wcale w parze z umiejętnościami po drugiej mogą coś powiedzieć piłkarze Lecha Poznań, którzy na wspomnienie poprzednika trenera Rumaka wciąż reagują, mówiąc ''Jezus Jose Maria!''. Holendrowi się to jednak udało. Właśnie między innymi dzięki wspomnianemu przed chwilą Bakero.

Kiedy Johan obejmował kataloński klub w 1988 roku, drużyna była w rozsypce, a gracze domagali się dymisji zarządu. Już w pierwszym sezonie wygrał jednak ze swoją ekipą Puchar Zdobywców Pucharów, w którym Barcelona eliminowała kolejno Fram Reykjavik, Lecha Poznań w rzutach karnych (dwa razy po 1:1 w regulaminowych czasach gry), AGF Aarhus, CSKA Sofia oraz pokonując 2:0 Sampdorię Genua w finale. Udało mu się to, co nie udało się jeszcze (i raczej się nie uda) Pepowi Guardioli - zdobył między rokiem 1991 a 1994 cztery kolejne tytuły mistrza Hiszpanii.

Do tego wygrał z Dumą Katalonii także Puchar Hiszpanii 1990, trzy krajowe Superpuchary i jeden europejski oraz, co najważniejsze, doprowadził ją do pierwszego triumfu na Starym Kontynencie. Przed meczem powiedział podobno swoim piłkarzom po prostu ''Wyjdźcie i cieszcie się grą'', a już podczas finału Pucharu Europy rozgrywanego 20 maja 1992 roku, w 111. minucie - znów zresztą przeciwko Sampdorii, do stojącej piłki podszedł Ronald Koeman. Wziął rozbieg, zamknął oczy, przeliczył potencjalną liczbę ofiar, jaką zbierze pędząca po jego uderzeniu piłka i... (uwaga, wideo zawiera intensywnie gestykulującego byłego trenera Lecha Poznań)

Kres drużyny zwanej powszechnie ''Dream Teamem'' nastał dwa lata później, kiedy w finale już Ligi Mistrzów została rozjechana przez Milan.

Do tego jednak czasu kataloński zespół lśnił mocniej niż pisarz Tom Wolfe na dyskotece ze światłami ultrafioletowymi.

Pisarz Tom Wolfe

Barcelona Cruyffa wygrała mniej niż ta Guardioli, była też mniej dominująca niż współczesna. A jednak, przy całym szacunku dla ekipy Pepa, który zresztą skrzydła rozwinął pod czujnym sokolim wzrokiem holenderskiego szkoleniowca, jego skład to gromada piekielnie uzdolnionych piłkarzy, ale bitych trochę jakby z jednej sztancy. Są niewielcy, operują szalenie precyzyjnymi podaniami, niemal każdy z nich to wybitny technik, a jednocześnie to profesjonaliści w każdym calu i typowi ''grzeczni chłopcy'', którzy koncentrują się przez 99% swojego czasu na piłce lub w przypadku Busquetsa przez 50% na piłce, a drugie tyle na turlaniu się po murawie.

Tymczasem siłą drużyny Cruyffa było przekucie niesamowitych, skrajnie różnych indywidualności w jeden futbolowy organizm. Ronald Koeman był nie tylko świetnym obrońcą, ale i być może najlepszym w swoim czasie egzekutorem rzutów karnych i wolnych, człowiekiem-katapultą bijącym piłkę z taką siłą, że małe futbolówki prosiły swoich rodziców, żeby nie zostawiały je same, bo jeszcze przyjdzie zła Barcelona i je wykorzysta w czasie meczu. Guardiola nadawał tempo akcjom, czasem tak idealnie dyrygując drużyną, że stawał się przy tym niemal niewidzialny, tak jakby piłka sama przechodziła od jego kolegów z obrony do tych z ataku. Gdy Barcelona zdobywała PZP, królem strzelców tych rozgrywek został młody Christo Stoiczkow z CSKA Sofia. Cruyff nie bał się go sprowadzić do Katalonii, mimo że było to wtedy znacznie większe ryzyko niż teraz - każda drużyna w Primera Division mogła wystawić tylko trzech obcokrajowców, a oprócz tego Bułgar był kimś na kształt Maria Balotellego swojej ery. Z tym, że zdecydowanie mniej śmiesznego, a o wiele bardziej agresywnego.

Stoiczkow wykłócał się na murawie, wykłócał się w szatni, próbował także kłócić się z Cruyffem, ale ten jako jedyna osoba był w stanie szybko go spacyfikować. I Christo odwdzięczał mu się świetną grą. Wielki Johan nie bał się też innych ryzykownych transferów, sprowadzając między innymi być może jednego z największych boiskowych leni w historii - Romario. Na ten transfer wściekał się też właśnie Stoiczkow.

- To głupota kupować czwartego obcokrajowca. A jeśli już kierownictwo klubu tak chce, powinno sprowadzić do Barcelony mojego rodaka Lubo Penewa. Ile kosztował Brazylijczyk? 600 mln peset? Dodam 200 mln z własnych oszczędności i kupmy Lubo - mówił.

Romario nie do końca był przekonany, że musi trenować, przez 90% czasu gry potrafił snuć się po boisku z gracją i szybkością czołgu z czasów I wojny światowej lub tylko powiewać spodenkami, symulując wrażenie ruchu, ale kiedy już uaktywniał się jego zmysł supernapastnika...


Zresztą szybko Brazylijczyk i Stoiczkow zostali najlepszymi przyjaciółmi.

Michael Laudrup był z kolei generałem środka pola, a największym zmartwieniem Cruyffa było właśnie to, że z powodu limitu obcokrajowców nie może wystawić całego swojego zagranicznego kwartetu Koeman - Laudrup - Romario - Stoiczkow, przez co z czasem usuwał Duńczyka w cień.

Ostatecznie po finale LM w 1994 cała drużyna zaczęła się jednak sypać. Odeszli Laudrup, Romario i Zubizarreta, Cruyff wszedł w konflikt z prezesem Nunezem, skończyły się wyniki, a Stoiczkow zaczął oskarżać uwielbianego przez siebie do tej pory szkoleniowca o to, że ten faworyzuje do gry w pierwszym składzie swojego syna Jordiego, który - przyznajmy szczerze - do Barcelony nadawał się tak, jak jakakolwiek inna średnio nadająca się rzecz. Na przykład felga od volvo. Dlatego właśnie paradoksem jest to, że choć w ostatnim sezonie pracy Cruyffa w Barcelonia, 1995/1996, drużynie groziło to, że o zgrozo nie zakwalifikuje się nawet do europejskich pucharów, decydującą o awansie do nich bramkę strzelił właśnie Jordi. Aczkolwiek było już wiadomym, że przygoda zarówno ojca, jak i syna z katalońskim zespołem właśnie dobiegła końca.

Dziś Jordi Cruyff jest po prostu synem Johana Cruyffa, Johan Cruyff szarą eminencją Barcelony i jednym z twórców jej chwalonego na całym świecie systemu szkolenia, sama Barcelona zaś światową potęgą. Której piękna historia zaczęła się ponad dwie dekady temu.

Łukasz Miszewski

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU

  • 3
Komentarze (3)
Zaloguj się
  • interstatelovesongs

    Oceniono 14 razy -8

    strasznie marny tekst. autor jakby kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, na czym polega różnica i ew. przewaga Barcelony Cruyffa nad drużyną Guardioli. Ekipa Holendra potrafiła grać w wieloraki sposób - nie była tak przywiązana do jednego schematu gry, jak zawodnicy Pepa. Brało się to z mniejszej ilości wychowanków w składzie, ale owocowało tym, że gdy wymienianie setek podań nie skutkowało, potrafili przestawić się na prostsze sposoby gry - kontratak, gra bardziej siłowa, strzały z dystansu, gra głową. Ten artykuł to po prostu napisanie, że Romario, Koeman i Laudrup to byli wielcy piłkarze i że grali w Barcy. To akurat wiadomo było bez czytania. Pomijam już kilka badziewnych zwrotów językowych i zupełnie niepotrzebny niby-żart z Busquetsa. Tak, wiemy, symulował w meczu z Interem. A poza tym to jeden z najwybitniejszych współczesnych defensywnych pomocników. Ale każdy widzi w piłce to co chce w niej widzieć. Pozdrawiam szefów, którzy pozwalają, by tekst takiej jakości szedł na stronę.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX