Teksty

Poligon: Rola alkohola

Andrzej Kałwa
07.08.2008 17:43
A A A Drukuj

Fot. WOJCIECH SURDZIEL / AGENCJA GAZETA

Wszyscy wiedzą, że Radosław Majdan i Piotr Świerczewski trafili do aresztu, że w stanie wskazującym, że napaść na funkcjonariusza i takie tam drobiazgi. W oczekiwaniu na wyjaśnienie ''jak to ze lnem było'' - wspomnijmy kilka sławniejszych ''procentów'' polskiej piłki.

Procenty nieudowodnione

W czerwcu 1936 roku mistrz Polski - Ruch Wielki Hajduki zjechał do Krakowa na ligowe spotkanie z tamtejszą Wisłą. Po ciężkim meczu i strzale Wodarza Ruch wygrał 1:0. Następnego dnia odbyło się towarzyskie spotkanie z A-klasową wtedy Cracovią. Ku zaskoczeniu wszystkich Ruch dostał potężne baty. Śląscy gracze snuli się po boisku jak stado duchów ojca Hamleta, Ernest Wilimowski - gracz, który sam potrafił wygrywać mecze - słaniał się na nogach. Cracovia robiła z gośćmi co chciała, a spotkanie zakończyło się wynikiem 9:0.

Gazety sugerowały, że noc między meczami piłkarze Ruchu spędzili na ''upłynnianiu'' w krakowskich lokalach premii za zwycięstwo nad Wisłą i że Wilimowski wyszedł na boisko jeszcze w ''stanie nieważkości'' po wchłonięciu dużej ilości likieru (choć każdy wie, że likieru nie da się wchłonąć dużo, bo to jakieś takie gęste i słodkie...). W atmosferze skandalu drużynę Ruchu zawieszono, ale ponieważ zbliżały się igrzyska olimpijskie, a gracze Ruchu stanowili trzon reprezentacji - sprawę starano się rozwiązać szybko i po cichu. Zawodnicy Ruchu wyrazili skruchę, karę anulowano...

Tylko Wilimowski zaciął się, twierdząc, że nie ma za co się kajać - jego zawieszenie utrzymano więc w mocy. Co prawda po kilku tygodniach odwieszono także Wilimowskiego, ale w międzyczasie było już po herbacie czyli po igrzyskach. Polska reprezentacja odniosła wielki sukces, zajmując 4. miejsce, ale nikt nie miał wątpliwości, że z Wilimowskim w składzie miałaby pewny medal, może nawet złoty.

Na marginesie: Cracovia taka słaba nie była - w kolejnym sezonie nie tylko awansowała do ekstraklasy, ale zdobyła także tytuł mistrzowski.

Procenty nierzutujące

Genialnym piłkarzem był także Ernest Pol - zawodnik, który strzelił 186 bramek w ekstraklasie, co do dziś pozostaje rekordem. Zagadką zaś pozostaje, jak udawało się Polowi łączyć talent do piłki nożnej i żelazną kondycję z problemami alkoholowymi. Bo że ''Ernest lubi piwko'' mówiła cała Polska, a on sam nie zaprzeczał ani się nie ukrywał za bardzo.

Do dziś krążą legendy o tym, jak jadąc pociągiem na mecz dogadał się z kelnerem wagonu restauracyjnego, by ten wlał mu do zupy ćwiartkę czystej, a następnie zjadł tę zupę ze smakiem na oczach nieświadomego trenera i świadomych, ale osłupiałych kolegów. Inna opowieść mówi, że przed ligowym meczem z Legią zabalował tak bardzo, iż zasnął w śnieżnej zaspie i został odwieziony do szpitala z odmrożeniami. Po paru dniach miał uciec ze szpitala, wziąć udział w meczu i strzelić cztery bramki. ''Jeśli nawet to nie prawda - to dobrze opowiedziane'' mówi włoskie przysłowie... Zresztą połóżmy na drugiej szalce wagi 10 tytułów mistrza Polski, trzy tytuły najlepszego strzelca ligi, 186 bramek w ekstraklasie oraz 39 w kadrze i przestańmy marudzić.

Procenty nieproporcjonalne

W 1980 roku kadra Polski wybierała się na zgrupowanie przed meczem eliminacji Mistrzostw Świata z Maltą. Ostatni na lotnisko przyjechał bramkarz Józef Młynarczyk, wyraźnie ''zmęczony'' poprzednią nocą. Trener Kulesza zdecydował, że Młynarczyk zostanie w kraju. W obronie kolegi stanęli Zbigniew Boniek, Władysław Żmuda i Stanisław Terlecki. Cała sprawa być może skończyłaby się w ''reprezentacyjnej rodzinie'' (może nawet przy piwie), ale na lotnisku byli dziennikarze i kamery. A że w okresie solidarnościowego ''karnawału'' temat zastępczy był władzy potrzebny - zaczęła się afera na dwanaście fajerek i generalski wężyk.

Czwórka piłkarzy została cofnięta ze zgrupowania we Włoszech, ówczesny szef PZPN generał Marian Ryba zażądał ich dyskwalifikacji, urządził przesłuchania, konfrontacje, gromił pijaństwo i potępiał pijących niczym As z ''Hydrozagadki''. Skończyło się na zawieszeniu czterech piłkarzy i wyrzuceniu z pracy trenera Kuleszy. Kiedy jednak okazało się, że kadra gra średnio - kary dla zawodników skrócono. Sąd sądem, sprawiedliwość sprawiedliwością, a mecze, wicie, musimy wygrywać, bo tego domagają się szerokie masy.

Jedynie Stanisław Terlecki nie zgodził się na kompromis z PZPN-em i wyrażenie skruchy w zamian za zdjęcie dyskwalifikacji. Na mistrzostwa w Hiszpanii nie pojechał i więcej w kadrze nie zagrał. Pozapiłkarską ofiarą ''afery lotniskowej'' był Janusz Zielonacki, który miał balować z Młynarczykiem i który przywiózł bramkarza na Okęcie. Popularnego dziennikarza sportowego impreza z Młynarczykiem kosztowała bardzo drogo: zniknął z anteny telewizyjnej jak sen srebrny Salomei.

Przygód z alkoholem polscy piłkarze mieli sporo - przed wojną i po wojnie, w kadrze i w klubach. Jedne były zabawne, inne tragiczne, jeszcze inne po prostu żałosne. Ze wszystkich płynie jeden morał: ''Grać trzeba umieć i pić trzeba umieć''. Wygląda na to, że bohaterowie najnowszej afery kiedyś co prawda umieli grać, ale za to nadal nie potrafią pić. W przeciwieństwie do prezesa Listkiewicza, który sobie na wakacjach piwko pije, a bałagan z ekstraklasą ma głęboko w kapslu.

Andrzej Kałwa

Poligon to rubryka Z czuba.pl w której Andrzej Kałwa pisze o polskiej ligowej rzeczywistości, która jaka jest - każdy widzi, a niektórzy nawet sądzą, że ją rozumieją

Zobacz więcej na temat:

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz: