Dziesięć mgnień Ligi Mistrzów: Skecz z papugą był

30.04.2009 10:00
A A A
Monty Python

Monty Python

180 minut, jeden przejaw trenerskiego geniuszu, dwa pokazy bolesnej bezradności i tylko jeden gol. Ale to wcale nie znaczy, że było nudno.

Martwa papuga. W grudniu 1969 r. grupa ekspertów piłkarskich znanych jako Monty Python przedstawiła światu fundamentalną piłkarską prawdę. Jeśli drużyna przestała istnieć, odeszła na spotkanie ze swoim stwórcą, jest zdechła, sztywna, opuściło ją życie, spoczywa w spokoju, wącha kwiatki od spodu, strzeliła w kalendarz i śpiewa w anielskim chórze, jeśli to już eksdrużyna, to w niczym nie pomoże piękne upierzenie. Guus Hiddink i Alex Ferguson najwyraźniej przyswoili sobie tę prawdę i swoich pięknie upierzonych rywali wykończyli. Dlatego oba mecze skończyły się jak się skończyły. Jeśli w rewanżach ma być inaczej, Arsenal i Barcelona muszą pokazać, że tylko tęskniły za fiordami.

Bramka. Po ćwierćfinałowych kanonadach niskobramkowa dieta, jaką nam zaserwowana jest może nawet bardziej zaskakująca, niż niestrawna. Mimo tego, o żadnym z półfinałów nie powiem, że był nudny.

Manchester AD 2008 Reloaded. W zeszłym sezonie w Lidze Mistrzów Manchester pokazał, że potrafi być mistrzem świata w destrukcji. Był w stanie uśpić, zamęczyć, rozbroić każdego rywala. Wygrywał skromnie, nie pięknie, ale niepowstrzymanie. W tym sezonie, przynajmniej w Lidze Mistrzów, Alex Ferguson jeszcze ten system udoskonalił. Mając takich piłkarzy jak Rooney i Tevez Man Utd może bronić nawet dziewiątką zawodników. A z takim bocznym obrońcą jak Evra może atakować co najmniej siódemką. Dzięki wszechstronności pomocników i napastników Manchester jest w stanie dominować na całym boisku bez względu na rywala. Tak było długimi minutami z Interem na San Siro, tak było w środę z Arsenalem. W zeszłym sezonie Manchester osiągał wyżyny w grze obronnej. W tym dodaje do tego piekielnie niebezpieczny atak. Przypominając sobie okazje Teveza i Ronaldo - czy gdyby w środę mecz skończył się nie 1:0, a 3:0 ktoś byłby zaskoczony?

Arsenal. Chciałem pierwotnie powiedzieć, że młode strzelby Wengera strzelały na Old Trafford ślepakami, ale to nieprawda. Młode strzelby Wengera okazały się mieć powykręcane iglice i nie strzelały w ogóle. Osamotniony Adebayor błąkał się bezradnie w okolicach pola karnego albo cofał po piłkę tak daleko, że strzelać już nie było komu. Otoczony przez manchesterski tercet destruktorów Fletcher-Anderson-Carrick Fabregas po chwilę wytchnienia musiał wracać głęboko na własną połowę. Perfekcyjnie pilnowany przez Evrę Walcott był praktycznie niewidoczny. Wenger zapowiadał erupcję młodości, żywiołowości i radości z gry, a zobaczyliśmy dziecięcą bezradność.

Manuel Almunia. Tylko jemu Arsenal zawdzięcza, że jeszcze w ogóle może mieć nadzieje na awans. Kapitalnie bronił strzały Teveza i Ronaldo i gdyby nie on - mecz skończyłby się lekko licząc 3:0. Hiszpan zagrał wspaniale w wielkim pojedynku, na oczach całego świata. Jeśli Fabiański chciałby go zastąpić - musi dokonywać wielkich rzeczy właśnie w takich meczach.

Guus Hiddink. Kiedy myślę o wtorkowym meczu, nie jestem w stanie się powstrzymać przed wyobrażaniem sobie takiego obrazka: Pep Guardiola oglądający mecz z coraz szerzej otwartymi ze zdziwienia ustani, a obok Guus Hiddink spokojnie siedzący na ławce i cichutko chichoczący pod nosem. Stary lis okrutnie wykiwał młodego kolegę po fachu. Rozpracował Barcelonę idealnie i pokazał, że można. Choć zmusił Chelsea do uwłaczającej wręcz drużynie z takim potencjałem obrony Częstochowy, osiągnął to, po co przyjechał. I nawet choćbym chciał, nie potrafię mieć do niego o to pretensji.

Sposób na Alcybiadesa Barcelonę. Hiddink kazał swoim zawodnikom kompletnie zablokować własne przedpole. Barcelona robiła co chciała do mniej więcej trzydziestego metra przed bramką Cecha. Potem jednak nie miała szans na rozegranie piłki. Kilku podań wymienić się nie dało, bo trzeba było przebijać się przez dziewięcioosobowy mur, w którym zawsze znalazł się ktoś, kto zaasekurował. Indywidualnie też się nie dało, bo nawet po minięciu dwóch rywali zawsze znalazł się ktoś, kto zaasekurował. A jeśli nie dało się inaczej - piłkarze Chelsea bez namysłu faulowali. Mogli sobie na to pozwolić, bo...

Skaza. Jak na drużynę idealną, którą nie zachwycić się nie sposób Barcelona ma jedną zasadniczą wadę, którą Chelsea boleśnie we wtorek obnażyła. Nie ma w drużynie żadnego specjalisty od rzutów wolnych. To aż niesamowite w zespole o takim stężeniu talentu, ale statystyki na oficjalnej klubowej stronie są bezlitosne - z blisko 140 bramek, jakie w tym sezonie strzeliła Barcelona zaledwie cztery padły bezpośrednio z rzutów wolnych. Dlatego Chelsea mogła bez obaw przerywać akcje Barcelony faulami. Wiedziała, że niczym jej to nie grozi. Jeśli Barcelona rzeczywiście ma stać się drużyną kompletną, drużyną jakiej świat nie widział - musi ten mankament naprawić.

Jose Bosingwa. Być może najlepszy piłkarz wtorkowego meczu. Prawonożny zawodnik przesunięty z konieczności na lewą obronę stanął naprzeciwko Messiego i Daniego Alvesa, czyli wszystkiego, co Barcelona ma najlepszego. Choć nie miał takiego wsparcia od Maloudy, jakie z drugiej strony Ivanoviciowi dawał Ballack, był absolutnie perfekcyjny. Pamięta ktoś jakąś naprawdę groźną akcję Messiego czy Alvesa? Nie. No właśnie. I to nie był bynajmniej przypadek.

Awans. Manchester, jeśli zagra tak jak w pierwszym meczu, o awans może być spokojny. Arsenal stać na to, żeby zagrać dużo lepiej niż w środę, ale na manchesterską maszynę to może być za mało. Tym bardziej, że z tak grającym Manchesterem każdy odważniejszy atak może się skończyć tragicznie. W drugim półfinale nie podejmuję się prorokować. Mimo wszystko w lepszej sytuacji jest Barcelona, a Chelsea swojej sztuczki powtórzyć nie może, bo w ciągu 180 minut nawałnicy bramka dla Barcelony może wpaść choćby przypadkiem. Ale z drugiej strony, nie wierzę, że Hiddink nie zdaję sobie z tego sprawy. Za to nie mogę się już doczekać, żeby zobaczyć, co wymyśli tym razem.

Piotr Mikołajczyk

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX