Dziesięć mgnień Ligi Mistrzów: Niesprawiedliwa sprawiedliwość

07.05.2009 09:24
A A A

Fot. MATT DUNHAM AP

Dobra wiadomość jest taka, że w finale Ligi Mistrzów spotkają się dwie najlepsze drużyny tego sezonu. Zła - że jedna z tych drużyn na awans prawdopodobnie nie zasłużyła.

Sprawiedliwość. Czyli coś, czego na świecie nie ma i czego w najbliższym czasie nie należy się spodziewać. Mimo absurdalnej dysproporcji w posiadaniu piłki, to Chelsea była w środę zdecydowanie lepsza. Dość powiedzieć, że Barcelona pierwszy celny strzał oddała w 93. minucie meczu. Wystarczyło.

Finał. Chociaż z drugiej strony - może to, co w środę zobaczyliśmy było właśnie jakimś przejawem dziejowej, a przynajmniej sezonowej sprawiedliwości. W finale Ligi Mistrzów spotkają się dwie bezdyskusyjnie najlepsze drużyny tego sezonu i będą miały szanse na ubitej ziemi udowodnić, przy kim stoi palma pierwszeństwa.

Guus Hiddink. Pokazał swoim piłkarzom i przy okazji reszcie świata, jak grać z Barceloną. Finał może wyglądać bardzo podobnie, bo Manchester umiejętność utrudniania rywalom rozgrywania piłki doprowadził do najwyższej maestrii. A przy tym w ataku będzie dużo groźniejszy niż Chelsea.

Pep Guardiola. W pierwszym meczu kompletnie zaskoczony grą Chelsea. W drugim niestety również. Hiddink przed rewanżem zmodyfikował taktykę i do perfekcyjnie zorganizowanej obrony jego piłkarze dorzucili jeszcze coraz groźniejsze ataki. Barcelona natomiast przez 180 minut grała to, co wcześniej przez cały sezon. Tyle tylko, że niezliczone wymiany piłki ani o centymetr nie przybliżały jej do strzelenia gola. Barcelońscy czarodzieje wyglądali chwilami jak bezradne dzieci poniewierane przez starszych i silniejszych kolegów, a arcymag i opiekun Guardiola patrzył na to w niemej dezorientacji. Trener Barcy ma o czym dumać przed finałem, bo już z Chelsea jego drużyna była zdecydowanie gorsza. A z Manchesterem prawdopodobnie będzie jeszcze trudniej.

Tom Henning Ovrebo. Zdecydowanie najgorszy uczestnik środowego półfinału. Mylił się fatalnie i w obie strony. Największą pomyłką było pewnie wyrzucenie z boiska Abidala, ale generalnie pretensje do sędziego mogą mieć obie strony. Chwilami środowy mecz przypominał najczarniejsze sędziowskie sny z mundialu w Korei i Japonii i nie chodzi nawet o bezczelnie drukowane mecze gospodarzy, ale monstrualne stężenie mniejszych i większych pomyłek sędziów, którzy ewidentnie nie dorośli do takiego poziomu rywalizacji. Norweg w środę niestety również nie dorósł, choć nie podejmuję się wyrokować, na ile wpłynął na wynik.

Nieobecni. W Londynie Barcelona musiała radzić sobie bez podstawowego duetu stoperów, w Rzymie za to zabraknie bocznych obrońców. O ile dziurę po Abidalu Guardiola ma kim załatać, o tyle z Alvesem będzie dużo trudniej. Chociaż trzeba przyznać, że zwłaszcza w drugim półfinale Brazylijczyk bił rekordy bezproduktywności. Manchester jednak również zagra osłabiony. Choć Darren Fletcher nie budzi zapewne takich emocji jak Alves, w dwumeczu z Arsenalem pokazał ile znaczy dla swojego zespołu. W finale miałby pewne miejsce w podstawowym składzie i Alex Ferguson będzie musiał solidnie łamać sobie głowę kim niezwykle pracowitego i skutecznego w odbiorze pomocnika zastąpić.

Leo Messi. Miał pokazać całemu światu, że jest chodzącą doskonałością, reinkarnacją wszystkich piłkarskich bogów, tymczasem zwłaszcza w rewanżu z Chelsea pokazał przede wszystkim zdolność niewidzialności. Daleki jestem od twierdzenia, że Messi skończył się na ''Kill'em All'', ale w finale musi w jego grze nastąpić fundamentalna zmiana. Jeśli mimo pomocy Daniego Alvesa nie szło mu przeciwko Maloudzie i Ashleyowi Cole'owi, to jak będzie mu się grało bez Alvesa przeciwko Evrze, mając przez 90 minut przyczepionego do gumki od majtek Wayne'a Rooneya?

Cristiano Ronaldo. Prawolewoskrzydłośrodkonapatnikorozgrywający? Nie brzmi to może najlepiej, ale za to dość dokładnie oddaje rolę, jaką Ronaldo spełnia w Man Utd. Do czego zresztą, oddajmy mu uczciwie, idealnie predysponują go umiejętności, bo, no cóż, jest piłkarzem kompletnym. Szybki, silny, z bajeczną techniką, dryblingiem, uderzający z obu nóg i świetnie grający głową. Do tego coraz bardziej pracowity i odpowiedzialny. I chyba ostatecznie udowodnił całemu światu, że potrafi przesądzać o wyniku w najważniejszych meczach. W tym sezonie w fazie grupowej Ligi Mistrzów nie trafił ani razu, za to w fazie pucharowej strzelił Interowi i dwukrotnie Arsenalowi. W finale będzie miał okazję rozstrzygnąć z Messim kto jest obecnie najlepszym piłkarzem świata i nie podejmuję się przewidywać, kto ma rację w tym sporze.

Drużyna kompletna. Manchester w tym sezonie zachwycał głównie niesamowicie szczelną obroną, ale zarówno w Mediolanie, jak i w Londynie pokazał, że jego pierwszym pomysłem na obronę jest obleganie bramki przeciwnika i utrzymywanie piłki na jego połowie. Nie ma chyba w tej chwili w Europie drużyny o tak idealnie zbalansowanej grze, łączącej, choć to na pozór nierealne, szczelną i niezmordowaną obronę, w której uczestniczą nawet napastnicy z błyskotliwym atakiem, do którego rusza nawet siedmiu-ośmiu zawodników. A przy okazji Manchester jest drużyną niezwykle dojrzałą, o czym boleśnie przekonali się chłopcy z Arsenalu, bezlitośnie na własnym boisku obici. Manchester miał w tym meczu plan, umiejętności, determinację i morderczo chłodne głowy. Arsenalowi niestety, zabrakło praktycznie wszystkich tych przymiotów.

Dobry pomysł, zły pomysł. Jakkolwiek Arsene Wenger doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dobry trener musi mieć na drużynę jakiś pomysł, najwyraźniej nie ma cierpliwości do drugiego etapu pracy. Wiecie, tego, w którym pomysł prowadzi do wygrania czegoś. Standardowa ścieżka kariery w Arsenalu wygląda obecnie tak: wielki talent, piękna gra, porażki w ważnych meczach, frustracja, żądanie podwyżki (i ewentualnie wzmocnień), transfer do jakiegoś naprawdę wielkiego klubu, z którym można coś wygrać. Arsenal Wengera jest drużyną w stanie permanentnej budowy z wiecznie świetlaną przyszłością i niezadowalającą teraźniejszością. Nie zamierzam zacząć nagle twierdzić, że Wenger jest złym menedżerem, ale z pewnością coś w jego pomyśle jest nie tak. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale architekta ocenia się chyba po gotowych budynkach, a nie po tym, że robi świetne szkice i najlepiej na świecie wylewa fundamenty.

Piotr Mikołajczyk

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX