Co tam, panie, u Wielkiej Czwórki?

17.08.2009 08:00
A A A
Didier Drogba

Didier Drogba (Fot. Peter Byrne AP)

Ruszyła Premier League - najmocniejsza liga świata, przynajmniej jeśli wierzyć rankingowi UEFA. Tradycyjnie można by w ciemno zakładać, że mistrzostwo rozstrzygną między sobą drużyny z Wielkiej Czwórki, ale przecież szejkowie z Manchesteru City nie po to wydawali ponad 100 mln funtów, żeby teraz grać w Lidze Europejskiej. Co więc może nas czekać na szczytach Premier League w tym sezonie?

Arsenal

Wiecie kiedy mistrz Polski awansuje do Ligi Mistrzów? Kiedy jego trenerem zostanie Arsene Wenger. Bo czy to nie wygląda znajomo, kiedy drużyna przed sezonem traci najlepszego napastnika i najlepszego obrońcę? Wenger w takich warunkach pracuje od lat, ba, działa tak z własnej nieprzymuszonej woli, a nie z powodu działalności Jacka Bednarza dyrektora sportowego.

I co? I nic. Na początek tego sezonu Arsenal rozbił na wyjeździe Everton 6:1. Co gorętsze głowy z tej okazji chętnie by pewnie określiły londyńczyków mianem największego faworyta do mistrzostwa Anglii. Ale faktem jest też, że nie udało się rozwiązać największego problemu Arsenalu, czyli braku lidera. Ani William Gallas, ani Cesc Fabregas się do tej roli po prostu nie nadają, a właśnie takiego piłkarza będzie Arsenalowi potrzeba, kiedy zaczną się wielkie ligowe i ligomistrzowe batalie. I kiedy nadejdzie tradycyjna arsenalowa lutowo-marcowa niemoc. Ich największą szansą może się okazać to, że rywale też głównie się osłabiali.

Chelsea

Jedyny zespół z Wielkiej Czwórki, który się wzmocnił, choć już w zeszłym sezonie miał chyba najmocniejszą kadrę w całej lidze. Nikt nie odszedł, a przyszedł Jurij Żirkow czyli taka mroczniejsza, bardziej agresywna, gotycko-celtycka wersja Ashleya Cole'a, która wspólnie z Florentem Maloudą może niejednej drużynie zrobić z prawej strony boiska jesień średniowiecza. Żirkow może być dla Chelsea tym, kim dla Barcelony jest Dani Alves, czyli jednocześnie świetnym obrońcą i morderczym zagrożeniem pod bramką rywali.

Biorąc pod uwagę to, że rywale raczej się osłabiali, Chelsea powinna być faworytem, prawda? Niekoniecznie, bo największym niebezpieczeństwem dla Chelsea jest sama Chelsea. Roman Abramowicz ściągnął Carlo Ancelottiego i uczynił go najlepiej opłacanym trenerem w Premier League z konkretnego powodu. Włoch ma wygrać Ligę Mistrzów. Trudno powiedzieć co się stanie, jeśli przyzwyczajonemu do spokojnej wieloletniej pracy Ancelottiemu raz i drugi powinie się noga, bo Abramowicz nie zwykł dawać wielu szans swoim pracownikom. Trudno też przewidzieć jak na Ancelottiego zareagują największe gwiazdy, które w Chelsea mają do powiedzenia zdecydowanie więcej, niż to przyjęte. Te same, które najpierw zwolniły Avrama Granta, a niedługo później Luiza Felipe Scolariego. Choć więc Chelsea na papierze jest prawdopodobnie największym faworytem do tytułu, ma też niemałe szanse na zostanie rozczarowaniem sezonu

Liverpool

W zeszłym sezonie było blisko, ale się nie udało. Jak będzie w tym? Cóż, polityka transferowa Rafy Beniteza mogłaby być idealną ilustracją powiedzenia o babce, co to wróżyła. Na dwoje. Glenn Johnson w debiucie zagrał bardzo dobrze, wypracował nawet karnego, po którym bramkę zdobył Steven Gerrard. Z drugiej jednak strony - w środku pomocy Liverpoolu ziała wielka dziura o kształcie Xabiego Alonso. Z trzeciej - w meczu z Tottenhamem Robbie Keane mógł przekonać Beniteza o tym, że pozbycie się go po zaledwie pół roku było błędem. Przekonał o czymś wręcz przeciwnym. Gdyby wykorzystał tylko stuprocentowe okazje - ustrzeliłby hat tricka. Nie strzelił nic. Na nieszczęście Liverpoolu strzelali inni i piłkarze Beniteza jako jedyni z grona faworytów rozpoczęli sezon od porażki.

Problem z Liverpoolem polega na tym, że nadal jego gra jest uzależniona od dwóch piłkarzy - Stevena Gerrarda i Fernando Torresa. W tej materii nic się nie zmieniło, a po odejściu Alonso może być tylko gorzej. Przed Alberto Aquillanim (nie zadebiutował, bo leczy kontuzję), który ma go zastąpić stoi naprawdę wielkie wyzwanie, a pewności sukcesu nie daje to żadnego, bo nawet jeśli Włoch będzie grał na równie wysokim poziomie, Liverpool co najwyżej będzie taki jak w zeszłym sezonie. A w zeszłym sezonie okazał się za słaby. Choć z drugiej strony - obecny Manchester w starciu z zeszłorocznym Manchesterem również prawdopodobnie okazałby się za słaby.

Manchester City

Transfery warte 100 mln funtów muszą robić wrażenie. Emmanuel Adebayor, Carlos Tevez, Roque Santa Cruz, Gareth Barry i Kolo Toure to zestaw, jaki praktycznie każdy trener Premier League wziąłby w ciemno. Jeśli dodać do tego naprawdę sensowne transfery zimowe, szczególnie w postaci bramkarza Shaya Givena, atak na Wielką Czwórkę wcale nie wydaje się zadaniem tak straceńczym jak wydawał się jeszcze pół roku temu. Tym bardziej, że City wzmacniało się kosztem rywali, przede wszystkim Arsenalu, któremu podebrało najlepszego napastnika i obrońcę, ale także kosztem Man Utd (Tevez) i Liverpoolu (Barry, o którego Rafa Benitez walczył ponad rok). Już w tej chwili skład Man City wygląda naprawdę przyzwoicie, a można spokojnie zakładać, że to nie koniec wzmocnień.

Mimo wszystko jednak trudno oczekiwać, że City z miejsca stanie się kandydatem do mistrzostwa. Przede wszystkim - pozostają drużyną bez lidera, bo trudno, żeby z miejsca stał się nim którykolwiek ze świeżo sprowadzonych zawodników. Trudno też oczekiwać, żeby był nim Robinho, a obecny kapitan, Richard Dunne, raczej nie jest idolem którejkolwiek ze sprowadzonych gwiazd. Zespół ma też wybitnie zaburzone proporcje i o ile w ataku Mark Hughes mógłby wystawić pewnie ze cztery równorzędne pary, o tyle w obronie czy pomocy każda kontuzja może skończyć się solidnymi kłopotami. Zresztą kłopot bogactwa w ataku też może się okazać problemem - ktoś na pewno nie będzie grał tyle ile by chciał i będzie z tego powodu narzekać. A Mark Hughes z pewnością nie jest człowiekiem, który zgraję rozkapryszonych gwiazd i gwiazdeczek będzie potrafił okiełznać. Dlatego o ile City zrobiło kolejny krok w pogoni za czołówką, za sukces powinno uznać sam awans do czołowej czwórki. Na walkę o mistrzostwo jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie.

Manchester United

Na pierwszy rzut oka nikt w Anglii nie osłabił się tak, jak Manchester. Alex Ferguson oddał najlepszego piłkarza świata sprowadzając w zamian zawodnika Wigan. Oddał świetnego napastnika o wielkim sercu ściągając w to miejsce zblazowaną arogancką marudę, o której (darmowe!) względy walczyły wcześniej Hull i Stoke. Czy po takich transferach można w ogóle myśleć o czwartym mistrzostwie z rzędu? Chyba jednak można, bo Ferguson takie rewolucje przeprowadzał już kilkakrotnie i koniec końców zawsze wychodziło na jego.

Bo też na transfery Man Utd można spojrzeć inaczej. W miejsce nasyconej sukcesami rozkapryszonej gwiazdy, która strasznie chciała odejść i groziła kompletnym rozbiciem szatni sprowadził relatywnie niedrogo świetnego dryblera o znakomitym strzale. W dodatku młodego i głodnego sukcesów, na które z poprzednim klubem liczyć nie mógł. Z kolei w miejsce obrażonego na cały świat frustrata sprowadził nie płacąc ani grosza bardzo doświadczonego napastnika, który kiedy tylko był zdrowy - zawsze zdobywał worki bramek. Do tego udało się zatrzymać w stanie niezmienionym obronę, kluczową w końcu dla zeszłorocznego mistrzostwa. I nie należy zapominać o całym stadku bardzo utalentowanej młodzieży (Nani, Macheda, Tosić, Rafael, Evans), która po odejściu gwiazd będzie miała więcej okazji do wykazania się. Choć więc Manchester z pewnością nie jest już takim pewniakiem do tytułu jak rok temu, plotki o jego śmierci mogą okazać się stanowczo przesadzone.

Piotr Mikołajczyk

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX