Fot. Darron Cummings AP
Większość sportsmenek boi się ciąży bardziej niż polskie kluby awansu do Ligi Mistrzów. Czy mają one rację? Profesjonalne centrum nieprofesjonalnych analiz medycznych Z czuba.pl dowodzi, że nie. I ma na to mocne dowody.
Kiedy Belgijka Kim Clijsters kończyła karierę w 2007 roku miała za sobą dziesięć lat zawodowego odbijania piłki, 177 milionów machnięć ramieniem i jednego wygranego Wielkiego Szlema w grze pojedynczej. Kiedy Belgijka Kim Clijsters wracała do zawodowego tenisa dwa lata później miała na swoim koncie o jedną córkę więcej. Jednak ten urlop macierzyński, o którym mówiono, że zabije jej karierę i będzie się musiał potem ukrywać przed światem w przyczepie mieszkalnej gdzieś na samym końcu Arizony wcale jej nie zaszkodził. Można by powiedzieć nawet, że wręcz przeciwnie.
Clijsters już w Cincinnati, w pierwszym turnieju po ''emeryturze'' doszła do ćwierćfinału, później była trzecia runda w Toronto i wreszcie, niemal z marszu, druga w karierze wygrana w turnieju wielkoszlemowym i druga przy tym w karierze wygrana w US Open. Chciałoby się powiedzieć, że to historia tak piękna, że aż hollywoodzka i że Ron Howard już ostrzy sobie zęby na ''Kim Clijsters i córkę-tenisistkę półkrwi'', gdyby nie to, że takich przypadków było już w sporcie multum. A w każdym razie więcej niż trzy, a to już dla nas ''multum'', nawet z małym hakiem.
Najmocniej to, że macierzyństwo wcale w karierze nie szkodzi zaakcentowała koleżanka Clijsters po fachu, choć to raczej koleżanka z dawnych lat. Australijska tenisistka Margaret Smith Court wygrała rekordowe 24 razy w grze pojedynczej w turniejach wielkoszlemowych, czasem zdarzało jej się też tryumfować na szacownych kortach w przerwach między zmienianiem pieluch. W 1971, przegrywając w finale Wimbledonu była już w ciąży. W marcu 1972 r. urodziła syna Daniela, a w kilka zaledwie miesięcy później z powrotem zameldowała się na kortach. Wychowywanie dziecka nie przeszkodziło jej w tryumfie w 1973 po raz jedenasty (!) w Australian Open, a także w wygraniu w tym samym roku także French Open i US Open. Po urodzeniu drugiego dziecka australijski Terminator zwyciężył także w turnieju w Chicago oraz w US Open w grze podwójnej i w Wimbledonie w grze mieszanej. Dopiero propozycja walki z Gołotą otrzeźwiła nieco Smith Court, która w roku 1977 postanowiła zakończyć karierę i poświęcić się rodzinie, która pojawiała się znienacka w jej życiu między jednym setem a drugim.
Kiedy w 2006 rodziła Lindsay Davenport większość kibiców podejrzewała że 30-letnia wtedy Amerykanka nie powróci już na szczyt. I na razie okazuje się, że mieli oni rację. Inni mówili, że nie wróci do tenisa w ogóle, a nawet jak wróci, to w życiu nie wygra już żadnego turnieju nawet Albanian Open. I ci się mylili. Mistrzyni olimpijska z Atlanty w grze pojedynczej miała po porodzie pauzować do końca sezonu 2007, wróciła już jednak we wrześniu tamtego roku, by zwyciężyć w turniejach na Bali i w Quebecu, a w Pekinie dojść do półfinału. Rok później była najlepsza w Auckland i Memphis. Obecnie pauzuje po urodzeniu drugiego dziecka, jednak jej powrót do tenisa oczekiwany jest lada dzień.
Inna kobieta-instytucja czyli Irena Szewińska wybiegała swego czasu dla Polski więcej olimpijskich medali niż wyklęczałyby trzy pokolenia działaczy po prośbie u Jacquesa Rogge`a. Lekkoatletka dość kontuzjogenna. Po wielu mikrourazach i jednej ciąży zrobiła sobie roczną przerwę na macierzyństwo, kiedy jednak wróciła, zdobyła złoty medal na 400 metrów na igrzyskach olimpijskich w Montrealu w 1976.
Świetnie szło też po urodzeniu dziecka Heike Drechsler, która niczym Dr. Jekyll i Mr. Hyde miała dwa oblicza - wschodnioniemieckiej lekkoatletki i mamy. Nie wiemy wprawdzie, jaką Heike były matką, wiemy za to, że zawodniczka mylona z amerykańskim koszykarzem (przez nazwisko) i wokalistą zespołu Die Toten Hosen, niejakim Campino (przez fryzurę narodowość) zdobyła trzy lata po urodzeniu syna złoty medal na igrzyskach w Barcelonie (1992) w skoku w dal. Do końca XX wieku oddała łącznie niesamowite 400+ skoków powyżej 7 metrów, a na igrzyskach w Sydney zdobył kolejne złoto w wieku 36 lat.
Ogólnie rzecz biorąc można uznać, że lekka atletyka jest raczej ''mama friendly''. Oprócz przypadków Siewińskiej i Drechsler, znamy też inne. Słynna niegdyś sprinterka Christine Arron po urodzeniu w 2002 dziecka, rok później zdobyła wreszcie na mistrzostwach świata w Paryżu swój pierwszy złoty medal - w sztafecie 4x100 metrów. Dwa lata później w wieku 32 lat dołożyła do swojego dorobku także dwa brązy z MŚ w Helsinkach (100 i 200 metrów). Brytyjska lekkoatletka Jana Pittman-Rawlinson w dzień porodu w grudniu 2006 wykonywała jeszcze dwudziestominutowe mocne biegi treningowe. W 2007 na mistrzostwach naszego globu w Osace zdobyła złoto na 400 metrów przez płotki. Niestety w Pekinie nie wystartowała z powodu kontuzji.
Z puszczanego w środy na TVP1 cyklu ''Urzekająca historia'' mamy jeszcze jedną, pod roboczym tytułem ''Moja mama jest kulturystką''. Główną bohaterką jest Angielka KT Coates, która treningi wznowiła w 10 dni po urodzeniu dziecka, a w 8 tygodni po porodzie, w dyscyplinie, w której liczy się idealne ciało, zajęła drugie miejsce w finale mistrzostw Wielkiej Brytanii w kulturystyce. Rok wcześniej jeszcze w drugim miesiącu ciąży była w tych samych zawodach czwarta.
miszeffsky

