http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/_blank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/_blank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/pbg-zczuba.gif

Gazeta.pl > zczuba >  teksty

Największe oszustwo w historii tenisa

Andre Agassi pokonał Rumuna Andreia Pavela 6:7 (4-7), 7:6 (8-6), 7:6 (8-6), 6:2 w pierwszej rundzie US Open. Agassi zapowiedział, że będzie to jego ostatni turniej w karierze.

Fot. ELISE AMENDOLA AP

Sądziliście, że największa bomba kryjąca się w autobiografii Andre Agassiego to to, że zażywał narkotyki i uszło mu to na sucho? Nic podobnego - Agassi ujawnia w niej prawdę o wiele straszniejszą.

Najpierw konieczna ilustracja dla tych wszystkich, którzy pamiętają Andre Agassiego wyłącznie jako znakomitego ogolonego na łyso tenisistę, który toczył epickie batalie z Pete'em Samprasem. Otóż znakiem rozpoznawczym Andre Agassiego na przełomie lat 80. i 90. było to:

Nazywajcie to jak chcecie - fryzurą na czeskiego metalowca, enerdowskiego piłkarza, mulletem, krótko z przodu długo z tyłu i wąsy na przedzie. Wtedy nazywało się to ''krzykiem mody'', ewentualnie, ''och, jaki on śliczny''.

A teraz czas na bombę zawartą w autobiografii Agassiego.

TO WSZYSTKO KŁAMSTWO!

Zupełnie niczym ukrzyżowany święty Mikołaj w tokijskim centrum handlowym - ta fruzyra nigdy nie istniała. Ok, może trochę inaczej, może przez jakiś czas istniała. Później jednak istnieć przestała, a Agassi nie chciał się z tym pogodzić. Dlatego też zastąpił ją, tak słusznie podejrzewacie - peruką. Jak pisze w swojej autobiografii:

Każdego dnia znajdowałem fragment swojej tożsamości na poduszce, w umywalce, w odpływie wanny. Zapytałem siebie: czy chcesz nosić tupecik? Na korcie? Odpowiedziałem sobie: a co innego mogę zrobić?

Taka mistyfikacja pomogła Agassiemu dojść do pierwszego finału turnieju wielkoszlemowego w karierze - finału Rolanda Garrosa w 1990 r. W dzień przed finałem jednak zakłamywana rzeczywistość nie wytrzymała i zaprotestowała.

Wieczorem w dzień przed meczem brałem prysznic, kiedy moja peruka się rozpadła. Prawdopodobnie użyłem niewłaściwego płynu do włosów. Wpadłem w panikę.

Ostatecznie resztki grzywy udało się przymocować z powrotem dzięki spinkom, jednak podczas meczu Agassi koncentrował się tylko na tym, żeby nie jego znak rozpoznawczy nie odpadł w trakcie meczu na oczach milionów widzów. Oczywiście przegrał z Andresem Gomezem.

Podczas rozgrzewki się modliłem. Nie, nie o zwycięstwo. O to, żeby moje włosy nie odpadły i nie wylądowały w piasku. Wyobrażałem sobie ludzi, którzy przybliżają się do telewizora nie wierząc własnym oczom i pytając w dziesiątkach języków - jak to możliwe, że Agassiemu odpadły włosy?

Z tej opowieści trzy morały. Pierwszy - świat jest niesprawiedliwy. Był o krok od najwspanialszej, najbardziej niesamowitej klęski w historii sportu, a jednak do niej nie doszło. Drugi - historia Agassiego jest kolejnym dowodem na to, że kłamstwo ma krótkie włosy nogi i prawda zawsze je wyprzedzi o włos choćby dzielić włos na czworo nie wiem co.

Oraz trzeci - nigdy już nie uwierzymy żadnemu sportowcowi. Jeden z symboli naszego dziecięcego zainteresowania sportem okazał się kłamstwem. Co następne? Wąsy Andrzeja Juskowiaka? Fryzura Tomasza Wałdocha? Jacka Ziobera? Wyniki Bena Johnsona?

PS. Wielkie dzięki dla blazeja1983 za zwrócenie naszej uwagi na to wiekopomne wydarzenie.

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz: