http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/_blank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/_blank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/pbg-zczuba.gif

Gazeta.pl > zczuba >  teksty

Pierwsza piątka tygodnia NBA według Z Czuba

Jeff Hornacek

GETTY IMAGES/Doug Pensinger

W kolejny tygodniu w lidze NBA jak zwykle jedni trafiali a inni pudłowali tak na boisku jak i poza nim. Ale tylko w NBA czasami celny rzut jest gorszy niż fatalne pudło. Zapraszamy na (spóźnione) podsumowanie minionych siedmiu dni w lidze, w której Jeff Hornacek głaszczący się po twarzy, zdarzał się.

Ron Artest (Los Angeles Lakers)

Ron nagrał nową piosenkę i do tego z teledyskiem. Get ready to feel...


W skrócie - Ron Artest chce być dotykany tak jakby był ślepy, w zamian traktując słuchaczy jakby byli głusi. Niestety nie są. Z niecierpliwością czekam na utwór, w którym Artest będzie udawał niemego.

 

Rafer Alston (New Jersey Nets)

Jeśli jest coś co trzyma jeszcze przy życiu kibiców Knicks to fatalna forma New Jersey Nets, którzy nie wygrali żadnego z 15 pierwszych meczów i raźnie kroczą, a w zasadzie z powodu licznych kontuzji kuśtykają, w stronę rekordowo złego otwarcia sezonu (17 porażek zanotowali Clippersi oraz Miami Heat). Wyjątkowo niepocieszeni muszą być Courtney Lee oraz Rafer Alston, którzy trafili tu po występie w finale NBA. Szczególnie niekontent był Alston, który z pierwszego rezerwowego spadł do roli trzeciego po Devinie Harrisie i Keyonie Doolingu. Harris i Dooling złapali jednak urazy i Rafer zaczął grać w pierwszej piątce i cóż... pokazał, że rzeczywiście jest trzecim guardem najgorszej drużyny ligi. Co prawda w meczu z Denver zdobył 19 punktów, ale we wcześniejszych trzech spotkaniach trafiał 1 z 7 rzutów, 1 z 10 oraz 2 z 12, a w środowej potyczce - 2 z 7. W tym momencie z procentem celności rzutów z gry 34,6 zajmuje ostatnie miejsce w NBA pośród zawodników do tej klasyfikacji się kwalifikujących (zresztą tuż przed innym Netsem - Terrencem Williamsem). Z chęcią zapytałbym Rafera jak to jest być najgorszym strzelcem ligi w najgorszej drużynie ligi, ale podejrzewam, że odpowiedź na takie pytanie brzmi mniej więcej ''bujaj się''.

W ramach losowej statystyki tygodnia postanowiłem sprawdzić, kto jest najgorszym strzelcem w historii ligi spośród zawodników, którzy oddali ponad 6000 tysięcy rzutów, co mniej więcej może być wyznacznikiem tego, że ich kariera trwała na tyle długo, aby mogli swoją pozycję zmienić, albo ugruntować. Ograniczyłem się do historii najnowszej, czyli po wprowadzeniu zegara (szybsza gra = więcej nieprzygotowanych rzutów) oraz linii rzutów za 3 (chętniej oddawane rzuty z dalekiego dystansu). Tę prestiżową rywalizację wygrał z 38,5-procentową skutecznością... Rafer Alston. Hmm... tak jakbym dostrzegał pewien wzór...

W ramach ciekawostki - dalsze miejsca wśród najgorszych strzelców zajmują: Lindsey Hunter (38,8), Jason Williams (39,6) oraz Vernon Maxwell i Quentin Richardson (po 39,8). Z wysokich zawodników najgorszy jest Antoine Walker (41,4%), ale zwalam to na brak linii rzutów za 4 punkty.

Jason Maxiell (Detroit Pistons)

Już kiedyś pisałem to na łamach tej rubryki, ale powtórzę, że lubię zawodników w typie Maxiella - małe czołgi jakby żywcem przeniesione z lat 90., które nie boją się brudnej podkoszowej roboty, bez zmrużenia oka potrafią spoliczkować młodego Scottiego Pippena i wyglądają jakby żywili się dziećmi.

Ostatnim posiłkiem Maxiella był Shannon Brown:


Monster. To być może najlepszy blok tego młodego sezonu, ale nie najlepszy w wykonaniu power forwarda Pistons. Pamiętacie to?

Monster, monster.

Steve Nash (Phoenix Suns)

To miał być akapit o tym, że Steve Nash, wielki fan futbolu, zabrał głos w sprawie francuskiego remake'u ''Ręki Boga'' i powiedział, że...

To była ręka. Prawdopodobnie celowa, ale dopiero po tym jak już piłka uderzyła Henry'ego w rękę i dotknął ją ponownie. Ludzie jednak zachowują się jakby on wyszedł rano z domu z zamiarem wygrania meczu poprzez zagranie ręką. Piłka przeszła nad głowami piętnastu osób, odbiła się od mokrej trawy i uderzyła go w ramię. Niezależnie od tego czy zagrał celowo, mówimy o ułamku sekundy [...] To odruch i każdy na jego miejscu by tak zrobił. Można powiedzieć, że przecież potem się cieszył i w ogóle, ale kiedy masz przed sobą 80 tysięcy ludzi ze swojego kraju, którzy szaleją z radości po awansie do Mundialu, to chciałby zobaczyć jak wielu z nas kazałoby wszystkim usiąść i oddać piłkę. To robota sędziów.

Rolę pierwszoplanową tej wypowiedzi odebrało bowiem to:

Ktoś stworzył karty z zawodnikami NBA na podstawie bohaterów gry King of Fighters popularnej na japońskiej platformie Neo Geo. Oprócz Nasha przerobionego na Fabia moi ulubieńcy to Chris Paul jako zaginiony brat Nicka i Aarona Carterów...

...oraz Kobe Bryant jako hybryda Prince'a i Storm:

Pozostałe brawurowe fotomontaże możecie zobaczyć tutaj.

Nate Robinson (New York Knicks)

Steve Nash jako Fabio (tudzież uciekinier z najmroczniejszego okresu pudel-metalu) może i wygląda głupio, ale zakładamy się, że za Kanadyjczyka, nawet w takiej wersji, oddałby wszystko Mike D'Antoni. Ewentualnie oddałby Nate'a Robinsona za cokolwiek, np. pukiel włosów Fabio. Jest szansa, że kłaki włoskiego modela potrafiłyby się powstrzymać na boisku od nieprzemyślanych zagrań takich jak durny rzut na własny kosz na koniec kwarty:


Kosza nie zaliczono, ale brakowało niewiele, co sprawiło że wąsy D'Antoniego zamieniły się w rozmazaną plamę kiedy ten wydzierał się na swojego obrońcę. Ta akcja świetnie podsumowuje dotychczasową karierę Robinsona - mimo ton talentu wciąż zachowuje się częściej jak pajac niż zawodnik NBA, a akurat w tym sezonie Nowy Jork potrzebuje kogoś, kto przejmie ster i Nate mógłby kimś takim być. Choć patrząc na wyniki Knicks wydaje się, że zawodników NBA nie ma w tej drużynie zbyt wielu.

Retro gracz tygodnia: Sedale Threatt

W nowym poddziale ''Pierwszej piątki tygodnia'' będziemy przy pomocy wehikułu czasu napędzanego energią kinetyczną wytworzoną poprzez tik Mahmouda Abdul-Raufa, przenosić się do NBA z lat 90. ubiegłego stulecia i przypominać pokrótce sylwetki jej bohaterów. Ale nie tych głównych, o których pamięć trwać będzie wiecznie, tylko tych z drugiego planu, o których pamięć definiuje tamten złoty czas dla koszykówki zaoceanicznej i jej kibiców w naszym kraju. W końcu w internecie nostalgia sprzedaje się równie dobrze co seks.

Wszyscy pamiętają, że było coś takiego jak ''Showtime'' prowadzony przez Magica Johnsona oraz moment gdy do Los Angeles trafił Kobe Bryant, ale pomiędzy odejściem Magica a przyjściem Kobego, czyli 1991 a 1996 rokiem Lakersi także grali w koszykówkę, a jednym z liderów był właśnie Sedale Threatt.

Dawno, dawno temu za czarnymi kwiatami, za białymi korzeniami, popełniłem tekst o nieślubnych dzieciach sportowców pod tytułem ''Shawn Kemp jest moim ojcem''. Cóż... może powinienem nazwać go ''Sedale Threatt jest moim ojcem''? - matka syna Threatta, Sedale'a Juniora, twierdzi, że były koszykarz Sixers, Bulls, Sonics, Lakers oraz Rockets, może mieć nawet 14 nieślubnych dzieci. To się nazywa Showtime.

Sedale'a pamiętam tylko z barw Lakersów, do których trafił w wieku 30 lat, przed sezonem 1991-92. Miał być zmiennikiem Magica, ale gdy ten zakończył karierę z powodu wykrycia u niego wirusa HIV, Sedale nagle stał się pierwszym point guardem. Z nowej roli wywiązywał się dziarsko dopóki dwa lata później nie zaczął go z pierwszej piątki wypierać młody gniewny Nick ''Rzucający niczym cegłą'' Van Exel. Po swoim drugim sezonie w barwach Jeziorowców został jednym z dwóch (obok Magica) graczy w historii klubu, którzy byli jednocześnie liderem Lakers w punktach, asystach i przechwytach. Próbkę jego możliwości można obejrzeć poniżej:


W swoim najlepszym sezonie Threatt notował 15,1 punktu, 7,2 asysty oraz 2 przechwyty na mecz, a w całej czternastoletniej karierze odpowiednio - 9,8, 3,8 i 1,2. 14 lat w lidze to dla 137. numeru szóstej rundy draftu niezły wynik. Ale naturalnie nie tak dobry jak 14 nieślubnych dzieci.

 

kostrzu

 

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz: