http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/_blank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/_blank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/pbg-zczuba.gif

Gazeta.pl > zczuba >  teksty

Pierwsza piątka tygodnia NBA według Z Czuba

GETTY IMAGES/Doug Pensinger

Za nami 14. tydzień 64. sezonu NBA i (akurat tego nie liczę) któreś tam z kolei przykłady, że koszykarz może wyglądać głupio z równie niezliczonej ilości powodów, zdarzeń i akcji. Oto kolejny odcinek naszego cyklu o lidze, w której Mark Price na dziwnych zdjęciach (w tym załączonym przykładowym, do którego mam nadzieję, że zaproponujecie tytuł w komentarzach*), zdarzał się.

Kevin Durant (Oklahoma City Thunder)

Kevin Durant musi się w tym sezonie dużo uśmiechać. Nie tylko pierwszy raz od początku kariery jego drużyna utrzymuje się stale na poziomie 50% zwycięstw, ale także walczy o miejsce w play offs na niezwykle wyrównanym Zachodzie. Poza tym on sam gra najbardziej niesamowitą koszykówkę w swoim życiu, co zaakcentował w tym tygodniu awansując na drugie miejsce na liście najlepszych strzelców, depcząc ze średnią 29,6 po piętach liderowi Carmelo Anthony'emu (29,7). W obliczu tegorocznej gry skrzydłowego z Oklahomy, którego forma poszybowała wyżej niż Tom Chambers nad Markiem Jacksonem, wielu ekspertów serio zastanawia się, czy Durant nie zostanie na koniec sezonu pierwszą wielką gwiazdą ligi uhonorowaną nagrodą Most Improved Player. Kevin Durant jest w tym sezonie tak dobry, że rządzi nawet grając w jednym bucie.

Nike powinno Durantowi obciąć połowę wypłaty.

 

Stephen Jackson (Charlotte Bobcats)

Jeśli zemsta jest słodka, to Jackson jest większym łakomczuchem niż Lamar Odom. Jeżeli zemsta to danie, które najlepiej smakuje na zimno, to Jackson powinien zostać objęty akcją fundowania ciepłych posiłków przez Pajacyka. Jeśli ''V is for Vendetta'', to ''J is for Jeszcze większa Vendetta''. Jeśli... eee, chyba łapiecie, co chcę tutaj powiedzieć. Bo Stephen Jackson rzeczywiście wydaje się być wyjątkowo mściwym koszykarzem. W pierwszym spotkaniu z Golden State Warriors od czasu gdy został przez nich oddany do Charlotte, Jackson rzucił 30 punktów stając się, jak podaje Elias Sports Bureau, 11 koszykarzem w historii, który przekroczył trzy dyszki w pierwszym meczu przeciw byłej drużynie. Gracz Bobcats jest jednak pierwszym, który uczynił to dwukrotnie - w lutym 2007, jako gracz Warriors, zaaplikował 36 punktów Pacersom, którzy pozbyli się go ledwie parę tygodni wcześniej.

 

Rudy Gay (Memphis Grizzlies)

W nocy z poniedziałku na wtorek Ziemia musiała przez chwilę zamienić się w najbardziej czerwoną planetę obok Marsa, a wszystko przez to, że widoczny z kosmosu na pewno był wstydliwy rumieniec, który oblał twarz Rudy'ego Gaya po tej akcji:

Nie tylko zegarek Gaya spieszył się o jakieś siedem sekund, ale na dodatek tę wpadkę bezlitośnie wykorzystał Kobe Bryant. Ale jak to w NBA bywa, ten się wstydzi buzzerbeatera, kto się wstydzi ostatni. Mecz zakończył się bowiem (ale poniższe wideo to cały skrót) w ten sposób.

 

Matt Barnes (Orlando Magic)

Ze wszystkich graczy NBA, którzy oddali odpowiednią liczbę rzutów, aby być w tym sezonie uwzględnionym w statystykach celności rzutów za trzy, najgorszym wynikiem legitymuje się właśnie gracz Orlando Magic - 27% (34 celne na 126 prób). Gdyby sezon kończył się dzisiaj uplasowałby się pod tym względem na 25 miejscu najgorszych ''kwalifikowanych'' trzypunktowców. Zdecydowanie najgorszym w historii NBA wynikiem legitymuje się Charles Barkley, który w sezonie 88/89 z dystansu trafiał tylko 21,6% rzutów (choć 127 pudeł za trzy wliczonych w ogólną skuteczność z gry nie przeszkodziło mu w wykręceniu w tamtym roku 57,9% celności z pola). Innym zawodnikiem, który do datowanej od 1979 roku historii rzutów za 3 dołożył pokaźną ilość swoich cegiełek, był nie kto inny jak Antoine Walker, który jest rekordzistą pod względem największej liczby niecelnych three-pointerów - 423 (sezon 01/02 - 222 celne rzuty na 645, 34,4%). No ale cóż, chyba nie dziwi to nikogo - Walker swoją słynną wypowiedzią, że rzuca tyle za trzy bo nie można za cztery, już dawno temu udowodnił, że jeśli chodzi o dystans, to najlepiej mu wychodzi podchodzenie z nim do własnej formy.

 

Shane Battier (Houston Rockets)

Jeśli spodziewacie się po Pierwszej Piątce Tygodnia poważnych i fachowych tekstów na najgorętsze i najciekawsze tematy ze świata NBA... to w sumie nie wiem, czemu dotarliście aż do tego miejsca, albo czemu w ogóle zaczynaliście czytać. Bo, widzicie, ta rubryka powstała tak naprawdę po to aby pisać o takich rzeczach jak nowonarodzony wąsik Shane'a Battiera.

Że co? Że to totalna pierdoła? This is how we roll in here. Nie piszę może o każdej bzdurze ze świata NBA - nie pisałem o nagim Gregu Odenie, nie pisałem o ubranym Gregu Odenie, nie pisałem o Gregu Odenie na pilatesie, ale pisałem o Gregu Odenie z głupim irokezem na głowie. I o najfajniejszej fryzurze w historii NBA. I o brodach. I o sympatycznym wąsie Larry'ego Birda. Sami więc rozumiecie - z takim resume, rzadko pomijam jakiekolwiek zmiany w stanie owłosienia enbijejowych głów. A pączkujące wąsisko Battiera, które, jeśli będziecie się w nie wpatrywać zbyt długo, ma właściwości hipnotyczne, bardzo dobrze wprowadzi nas w ostatni retro-punkt PPT. Choć nie aż tak retro jak nowy kolega Shane'a.

 

Retro gracz tygodnia: Charles Smith

W nowym poddziale ''Pierwszej piątki tygodnia'' będziemy przy pomocy wehikułu czasu napędzanego energią kinetyczną wytworzoną poprzez tik Mahmouda Abdul-Raufa, przenosić się do NBA z lat 90. ubiegłego stulecia i przypominać pokrótce sylwetki jej bohaterów. Ale nie tych głównych, o których pamięć trwać będzie wiecznie, tylko tych z drugiego planu, o których pamięć definiuje tamten złoty czas dla koszykówki zaoceanicznej i jej kibiców w naszym kraju. W końcu w internecie nostalgia sprzedaje się równie dobrze co seks.


Charles Smith nie jest może najbardziej zapomnianym z graczy NBA lat 90.... NIESTETY - jeśli jest się fanem New York Knicks. Cóż, ja jestem kibicem Knicks i choć uważam, że Smith miał całkiem fajną karierę w Clippersach (przykładowy sezon 90/91 i średnie 20 pkt, 8,2 zb., 1,8 ast., 1,1 prz., 2 blk, czy też 21,1/6,7 rok wcześniej) i w miarę solidne, choć jednak rozczarowujące trzy sezony w Knicks (92-95, nigdy nie więcej niż 12,7 punktu i 5,3 zbiórki), to jednak zawsze będzie się on kojarzył (i nie tylko mi) z końcówką piątego meczu półfinału NBA w 1993 roku między Knicks i Bulls. W półfinale, w którym Smith wyniósł zwykły layup do rangi sztuki, jednocześnie udowadniając, że jest baaardzo kiepskim artystą.

To był kluczowy dla serii mecz - Knicksi ograli Bulls w pierwszych dwóch meczach w Madison Square Garden, przegrywając kolejne dwa na wyjeździe. Gdyby Smith trafił jedną z czterech prób rzutu, Knicks wygrywaliby jednym punktem i może zaliczyliby trzecie zwycięstwo. Zamiast tego, załamani trzema kolejnymi porażkami pojechali do Chicago, gdzie przegrali po raz czwarty. Smith w trakcie sezonu 95/96 został shandlowany do San Antonio, gdzie w 1997 z powodu kontuzji zakończył karierę, która zaczynała się od wyboru z numerem trzecim w Drafcie 1988.

Pomijając już zmarnowany sezon Knicks, to straszna szkoda, że Smith zostanie zapamiętany właśnie w ten sposób, bo prywatnie to naprawdę w porządku gość. Już po roku w NBA w swoim rodzinnym mieście Bridgeport założył fundację i bibliotekę. Po zakończeniu kariery, założył własny biznes informatyczny, a ostatnio został dyrektorem wykonawczym National Basketball Retired Players Association, gdzie odpowiada m.in. za prace społeczne, akcje charytatywne oraz pomoc emerytowanym graczy NBA, którzy w przeciwieństwie do Smitha, swoje najgorsze ''pudła'' zaliczyli poza boiskiem. Poza tym stał się specem marketingu, a jedną jego przemów obejrzeć można tutaj - zaletą tego filmiku jest ponad minutowa składanka najlepszych akcji Smitha (obczajcie podanie z 0:47) oraz nawiązanie w przemówieniu do feralnych lejapów z Bulls.

Smith w linkowanym przed momentem filmiku mówi m.in., że ''Failure Is Erasable''. Może i tak. Ale czym można wymazać tak pamiętną porażkę... Hmm... Może filmikiem z Charlesem Smithem jeżdżącym na sztucznym byku?

...a może nie? Powyższe wideo w momencie, gdy wstawiałem je do tekstu miało tylko 140 odtworzeń przez ponad dwa lata. I jeden komentarz:

Fuckin loser cost the Knicks the championship in 1993.

Jako fan Knicksów nie podpisuję się co prawda pod żadnym z kluczowych słów w powyższym zdaniu, ale muszę sobie serwować bardzo dużo migawek z Michaelem Jordanem i Reggiem Millerem, aby nie zapomnieć kto był przyczyną największych cierpień Nowojorczyków w latach 90.

 

* moja propozycja tytułu do zdjęcia głównego: ''Kali maaaaaa!''

 

kostrzu

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz: