Teksty

Igrzyska jednak nie dla Boita. Krowy też nie

miszeffsky
2010-02-11
A A A Drukuj
Wielka legenda afrykańskich sportów zimowych, trzykrotny uczestnik igrzysk Philip Boit nie wystartuje w Vancouver, zmniejszając w ten sposób i tak już wątły stan osobowy kenijskiej kadry z jednego zawodnika do zawodników zero. Afrykańskiemu biegaczowi narciarskiemu zabrakło dwóch punktów, żeby zakwalifikować się na turniej olimpijski, a FIS pozostała w tej kwestii nieugięta, mówiąc po prostu acz przeciągle ''Nieeeeeeee''. Boit jest jednak na tyle Z Czuba, że my wciąż traktujemy go tak, jakby w Kanadzie startował.

Historię sympatycznego kenijskiego biegacza, który sponsorowany przez Nike postanowił lata temu utrudnić sobie życie i przyczepić do nóg narty, opisywałem już kiedyś w cyklu ''Nieznani, a szkoda''. Na igrzyskach w Nagano w biegu na 10 kilometrów Boit zajął miejsce w pierwszej setce, co mogłoby go cieszyć, gdyby nie to, że startowało dokładnie 92 zawodników. On był... cóż, 92. W tym momencie postanowił już nigdy nie być ostatnim w stawce i słowa dotrzymał. W sprincie w Salt Lake City uplasował się na 64 pozycji z 67 startujących, a na igrzyskach w Turynie na 15 kilometrów stylem klasycznym znów był 92., ale tym razem zostawił za plecami aż pięciu rywali.

Zawody w Vancouver miały być ostatnimi w karierze 39-letniego biegacza. A że wiek już trochę nie ten, forma nie do końca optymalna, a i warunki do codziennego trenowania takie sobie (+ 10 do ciepła, - 15 do śniegu), Boit postanowił zdobyć kwalifikację w biegu na 15 kilometrów, czyli tam gdzie FIS postawiła najmniejsze wymagania punktowe (300). Wszyscy trzymali za niego kciuki i kijki. Dzielny Boit na kilka przedolimpijskich treningów poleciał nawet specjalnie Finlandii (a jako że jest farmerem, aby je opłacić musiał sprzedać pięć krów), dokąd wcale zresztą nie było mu się tak łatwo dostać. Sam zresztą żartował, mówiąc o sobie, że jest jedynym narciarzem klasycznym na świecie, który potrzebuje wizy, żeby choć trochę poćwiczyć na śniegu.

Niestety licznik jego punktów kwalifikacyjnych stanął na 302 i za nic, a nawet za coś nie chciał przeskoczyć o te dwa ''oczka'' dalej. Przyjaciele z USA pomogli Boitowi dostać się do Kanady, gdzie apelował on w MKOL-u i FIS o możliwość dopuszczenia go do olimpijskiej rywalizacji. Bezskutecznie, co tylko pokazuje, że działacze sportowi najwyższego szczebla mają tor do curlingu zamiast serca, a ja nigdy nie dostanę się na igrzyska.

Życie bywa okrutne i pozbawione happy endów, ale zawzięty Kenijczyk uprawiający dyscyplinę równie egzotyczną w swoim kraju, co jego kraj na zimowych igrzyskach i tak jest bohaterem, przynajmniej moim. Bo tacy ludzie są właśnie naprawdę ''Z czuba''.

ŁM

Zobacz więcej na temat: