Pierwsza piątka tygodnia NBA według Z Czuba
GETTY IMAGES/Rick Stewart
19. tydzień sezonu 2009/2010 upłynął pod znakiem wielkich pojedynków, wielkich zwycięstw, wielkich porażek, wielkiego pecha i Briana Scalabrine. Oto kolejny odcinek naszego cyklu o lidze, w której rudowłosi zawodnicy na ławce Celtów, zdarzają się.
Matt Barnes (Orlando Magic)

Niedzielne spotkanie pomiędzy Magic i Lakers było fajne. Wyraźnie było widać, że przede wszystkim koszykarze z Orlando walczyli nie tylko o wynik, ale o statement. ''Stejtmę'', które nie będzie miało znaczenia jeśli los znowy połączy te drużyny w finale NBA, ale które znaczyło bardzo dużo tamtej nocy. Mieliśmy dzięki temu taki sneak preview rywalizacji w play off. Było dużo różnej maści napinania muskułów, nieczystych zagrywek i utarczek - w zasadzie przegląd maści był tak duży, że pewnie znalazłaby się w nim i barwa konia, i polski zespół rockowy. W skrócie i jeszcze raz: było fajnie. Pomimo iż w ostatnich sekundach niefortunnie nadepnął na linię przy potencjalnie wyrównującym rzucie za trzy i nie trafił kolejnego, za dwa, potencjalnie doprowadzającego do dogrywki, Kobe Bryant pokazał, że jego cojones mają własne pole grawitacyjne, ba, pewnie ktoś kiedyś spłonie na stosie gdy odkryje, że to słońce kręci się wokół nich, a nie odwrotnie. No bo kto by się w takiej sytuacji nie uchylił?
Bobry pewnie w tym momencie przestały gryźć drewno i urządziły krótką owację na stojąco. Właśnie za ''wystraszenie Kobego Bryanta FAIL'', Matt Barnes trafia do dzisiejszej PPT. Choć mógłby i za bardzo ważną trójkę na minutę przed końcem. Niestety przez większość meczu skupiał się na prowokowaniu Czarnej Mamby.
Z innych wieści z obozu Magic - Adonal Foyle, rówieśnik Arki Przymierza i dowcipów o babie u lekarza, zapowiedział, że w przyszłym sezonie chciałby nadal grać w NBA. Biorąc pod uwagę, że center Magic, w tym sezonie jeszcze ani przez sekundę nie pojawił się na parkiecie, wróżę mu jeszcze ze 30 lat takiej kariery.
New York Knicks

''New York, New York'', jak zaśpiewałby Frank Sinatra. Tyle, że gdyby śpiewał to po meczu Knicks z Nets, to dodałby na początku przeciągłe ''ehhhhhhh'', równolegle kręciłby z niedowierzaniem głową i wykonał epickiego facepalma. Nazywani w pewnych kręgach ''Bricks'', gracze z Nowego Jorku zrobili w tamtym spotkaniu wszystko aby zasłużyć na ten przydomek. Knicksi ustanowili rekord NBA pod względem niecelnych ''trójek'', pudłując wszystkie 18 prób. Poprzedni rekord ligi (przynajmniej według statystyk z Basketball-Reference.com sięgających 23 lata wstecz) należał do Washington Wizards, którzy w 2007 roku oddali 16 rzutów z dystansu bez ani jednego trafienia. Co ciekawe, są też na trzecim miejscu - rok wcześniej w meczu właśnie z Knicks mieli 15 niecelnych rzutów za trzy. Oprócz nich jeszcze 4 drużyny zaliczyły równie fatalne występy. Co gorsza cegłami posyłanymi zza linii 724/671 cm Knicks zamurowali sobie drogę do zwycięstwa nad jedną z najgorszych ekip w historii NBA. I CO GORSZA, była to ich druga porażka z Nets w tym sezonie (jedyną drużyną, która dwa razy przegrała z Nets są Charlotte Bobcats). Dla wzmocnienia znaczenia tych słów alternatywne logo New Jersey. Choć jak do tej pory 56 razy zyskiwało status oficjalnego...

Brian Scalabrine (Boston Celtics)

Wrzut z autu Eddiego Jonesa nakrywa do stołu, wrzut z autu Lamara Odoma idzie po wódkę, a ''wrzut z autu'' Boston Celtics leci po szwagra, bo oto do domu najgorszych wznowień gry z autu zawitał nowy lokator - wrzut z autu Briana Scalabrine.
Reggie Evans (Toronto Raptors)

W chwilach takich jak ta uświadamiam sobie, że w tej lidze wiele rzeczy się szybko zmienia - kompletnie ominął mnie fakt, że Reggie Evans przeszedł do Toronto Raptors (co nie dziwi aż tak bardzo gdy weźmiemy pod uwagę, że wystąpił dopiero w 10 meczach). A z drugiej strony, nie zmienia się nic - power forward ekipy z Kanady został właśnie, jedną piątą głosów 173 zawodników NBA, uznany najbardziej nieczysto grającym graczem ligi. Ankieta była anonimowa, ale chyba można się domyślić jacy dwaj zawodnicy brali w niej udział...

Kolejne miejsca zajęli: Ron Artest (13%), Andres Nocioni (6%), Anderson Varejao (5%), Kobe Bryant (4%) i Zaza Pachulia (4%). Jak zauważa Sports Illustrated, który przeprowadził tę sondę, Fabricio Oberto - najczęściej faulujący gracz ligi w przeliczeniu na 48 minut - nie dostał ani jednego głosu.
Joel Przybilla (Portland Trail Blazers)

Środkowi Portland Trail Blazers stali się oficjalnie bardziej podatną na kontuzje grupą ludzi, wyprzedzając baseballistów i osoby z myślami samobójczymi. Nie będę zaczynał od Billa Waltona i Sama Bowiego. Z szacunku nie wspomnę o smutnym przykładzie Kevina Duckwortha. Zacytuję jedynie notki aktualne adnotacje do profilów środkowych Blazers z portalu Yahoo: Greg Oden - Injury Note on Dec 5, 2009 (Fractured left patella - out for season), Joel Przybilla - Injury Note on Dec 22, 2009 (Ruptured right patella tendon), Marcus Camby - Injury Note on Mar 7, 2010 (Sprained ankle) (witamy w klubie Marcus). Co prawda Greg Oden ostatnio wypowiadał się w dość optymistycznym tonie o szansach powrotu na play offs, ale kibice Portland, którzy czekali na przełamanie klątwy, doczekali się tylko, dzięki Przybilli, przełamania reguły, że piorun nie uderza dwa razy w to samo drzewo. Joel, którego spodziewana przerwa w grze po operacji prawego kolana szacowana była na sześć do ośmiu miesięcy, we wtorek pośliznął się pod prysznicem i znów kontuzjował to samo kolano, co najprawdopodobniej sprawi, iż opuści także początek następnego sezonu. Serio, może po prostu przywiążmy środkowym Blazers kamienie do szyi i idźmy nad rzekę. Choć pewnie zanim miłosiernie zakończymy ich cierpienia, cała trójka pośliźnie się na brzegu i odnowi swoje kontuzje.
Retro gracz tygodnia: Chuck Person
W nowym poddziale ''Pierwszej piątki tygodnia'' będziemy przy pomocy wehikułu czasu napędzanego energią kinetyczną wytworzoną poprzez tik Mahmouda Abdul-Raufa, przenosić się do NBA z lat 90. ubiegłego stulecia i przypominać pokrótce sylwetki jej bohaterów. Ale nie tych głównych, o których pamięć trwać będzie wiecznie, tylko tych z drugiego planu, o których pamięć definiuje tamten złoty czas dla koszykówki zaoceanicznej i jej kibiców w naszym kraju. W końcu w internecie nostalgia sprzedaje się równie dobrze co seks.

Jedno z moich pierwszych wspomnień z początków kibicowania NBA, to Chuck Person w trykocie Timberwolves okładający się po głowie po trafionym rzucie z połowy na koniec drugiej kwarty meczu z Boston Celtics w sezonie 92/93. To był siódmy w lidze, a pierwszy w Minnesocie sezon ''Riflemana''. Początek końca Persona-go-to-guya, jakim bywał za czasów gry w Indianie Pacers. To właśnie tam trafił z numerem 4 Draftu w 1986 roku. Wcześniej, na uniwerku Auburn grał razem m.in. z Charlesem Barkleyem. Ci dwaj gracze w NBA także stworzyli, choć na odległość, zgrany duet - zgrany, jeśli chodzi o opinię największych świrów ligi. Co prawda nigdy nie miał szeroko komentowanych problemów pozaboiskowych, ale na parkiecie był na pewno jednym z najbardziej żywiołowych i nieprzewidywalnych zawodników. Dlatego właśnie tak fajnie oglądało się go w akcji.
Ale Person był nie tylko boiskowym krejzolem - był jednym z najlepszych strzelców ligi. W pierwszym sezonie, w którym zdobywał 18,8 punktów i 8,3 zbiórki (rekord kariery) na mecz, otrzymał tytuł Rookie of the Year, który w przegranej w czterech meczach serii play off z Atlanta Hawks przypieczętował rzucając w niej średnio 27 punktów. Co prawda z młodymi-gniewnymi Pacersami Person nigdy nie awansował do drugiej rundy play-off, ale i tak udało mu się zaliczyć epicką play-offową potyczkę z Larrym Birdem w 1991.
Pacers przegrali wtedy 2-3, ale pojedynki kończącego karierę Birda z młodym Personem z miejsca przeszły do klasyki gatunku, wspominanej do dziś. Birda i Chucka dotyczy też jedna z najfajniejszych anegdot o właścicielu być może najbardziej rachitycznych wąsów w historii ligi. Przed meczem Pacers - Celtics rozgrywanym w święta Bożego Narodzenia, Bird powiedział Personowi, że ma dla niego prezent. Gdy Person siedział na ławce, Larry stojąc tuż przy nim oddał rzut za trzy i natychmiast odkręcił się do Riflemana mówiąc ''Merry fuckin' Christmas'', a życzenia zaakcentowała wpadająca do kosza piłka.
Person po dwóch sezonach w Timberwolves, w trakcie których stał się po raz pierwszy w karierze graczem rezerwowym, przeniósł się do San Antonio Spurs, gdzie błyskawicznie odnalazł się w roli superstrzelca z ławki. W pierwszych dwóch latach w Teksasie ustanowiał swoje osobiste rekordy w ilości celnych rzutów z dystansu, zdobywając po ok 10 punktów na mecz.
W 1996 roku wydawało się, że kariera Chucka dobiegła końca - poddał się poważnej operacji pleców i w sezonie 96/97 nie zagrał. Wrócił jednak do składu Spurs rok później i zagrał w 61 meczach, z czego 11 razy w pierwszej piątce. Miał niestety pecha, bo w 1999 roku został oddany do Bulls za Steve'a Kerra, a to był sezon, w którym San Antonio wywalczyło tytuł mistrzowski. Bulls Persona od razu zwolnilli i w skróconych przez lokaut rozgrywkach był on graczem Charlotte Hornets, a rok później dołączył do Seattle Supersonics. Karierę zakończył w 2000 roku, w którym był też jednym z elementów megatransferu wysyłającego m.in. Patricka Ewinga do Sonics. On sam trafił do Lakers, ale w Jeziorowcach nie wystąpił ani razu, ale za to dziś jest członkiem ich sztabu trenerskiego. To nie pierwsza tego typu praca Persona - wcześniej pracował pod trenerem Theusem w Sacramento Kings. Domyślamy się, że często powtarzał swoją firmową cieszynkę z klepaniem się po głowie, tyle, że nie z radości, a na widok rzutu z wyskoku Kevina Martina.
kostrzu
