Pięć mgnień Ligi Mistrzów

28.04.2010 09:23
A A A
Bayern Monachium

Bayern Monachium (Fot. JEAN-PAUL PELISSIER REUTERS)

Tydzień temu, po porównaniu obu półfinałów, wydawało się, że Lyon i Bayern grają o prawo odniesienia porażki w finale Ligi Mistrzów. Wtorkowy mecz sprawił, że warto jednak zastosować się do rady Bogusława Wołoszańskiego i nie uprzedzać faktów.

1. Jedenastu samurajów. Jeśli Bayern zirytował się powszechnym przekonaniem, że gra tylko o drugie miejsce, to nie mógł wymyślić lepszego sposobu, żeby to okazać. Bawarczycy wykończyli Lyon w stylu godnym samuraja - na zimno, bez zbędnych ruchów, wykorzystując trzy błędy do zadania trzech morderczych ciosów. Zresztą, jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech po prostu spojrzy na rangę meczu i wynik. 3:0 na wyjeździe musi robić wrażenie. Kropka.

2. Gdzie jest Nemo Lyon? Faktem jest, że Lyon nie wyglądał jak drużyna bijąca się o finał największego klubowego turnieju świata. W ogóle nie wyglądał jak drużyna bijąca się i przez cały mecz oddał jeden celny cios. To znaczy strzał. Lyon wyglądał na przerażony samą stawką spotkania grając na wyjeździe i na niewiele mniej przerażony grając u siebie. I już choćby dlatego nie ma wątpliwości, że awansował lepszy. Bayern w finale nie pęknie na pewno.

3. Głupia i głupsza. Tak o swoich dwóch żółtych kartkach może powiedzieć Cris, który prawdopodobnie zapracował sobie na nową ksywkę - ''gwóźdź do trumny''. W przerwie, próbując coś zmienić, Claude Puel wprowadził napastnika Gomisa z obrońcę Cissokho. Niespełna piętnaście minut później został z tylko dwoma obrońcami, bo Cris postanowił pokazać, że można zarobić dwie żółte kartki znacznie szybciej, niż tydzień wcześniej Toulalan. Fakt, wyśrubował rekord tak, że trudno będzie go poprawić. Mimo wszystko jednak nie spodziewałbym się na jego miejscu kwiatów. Po tym Lyon w zasadzie się już nie pozbierał, Bayern natomiast mógł sobie do woli hasać po jego polu karnym i gdyby naprawdę mu zależało - mógł ten mecz wygrać jeszcze wyżej.

4. Hero. Cóż, jednak nie Robben. Tym razem zamiast Holendra w roli głównej wystąpił Ivica Olić, co jest miłe biorąc pod uwagę, jak bardzo niegwiazdorski to zawodnik. Ściągniętego z HSV za darmo Chorwata łatwiej było wcześniej skojarzyć z pożyteczną i morderczą harówką przez całe mecze niż z workami zdobywanych goli, we wtorek jednak trzy razy znalazł się tam, gdzie należało. A potem pokazał, że przekwalifikowanie go z piłkarza na konia pociągowego byłoby przedwczesne.

5. Final Fantasy. Bayern pokazał w obu półfinałach wyrachowanie godne drużyny wygrywającej trofea, pokazał też po drodze do finału, że żaden faworyt mu niestraszny, podobnie jak żadna wymiana ciosów. Krótko mówiąc wszystko to, czego potrzebował będzie w Madrycie. Nawet jeśli na pozór nazwiskowo odstaje od Interu czy Barcelony - najwyraźniej nic sobie z tego nie robi. Co chyba oznacza, że kwestię automatycznego przyznawania zwycięstwa w finale trzeba jednak przemyśleć ponownie.

Piotr Mikołajczyk

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX