Dziesięć mgnień Ligi Mistrzów

24.05.2010 09:00
A A A

Fot. REUTERS/STEFANO RELLANDINI

Mourinho przyszedł, Mourinho zobaczył, Mourinho, po 45 latach pucharowo chudych, dał Interowi rok pucharowego obżarstwa. Stworzył w Mediolanie najlepszą drużynę tego sezonu i zasłużenie wygrał z nią wszystko, co było do wygrania.

1. Wątpliwości. Nie ma - tak jak rok temu finał wygrała drużyna najlepsza. A jeśli ktoś ma wątpliwości, niech spojrzy na jeden drobiazg. Inter wyszedł z jedynej grupy, w której grali wyłącznie mistrzowie swoich lig. W drodze do finału pokonał Chelsea - późniejszego mistrza Anglii - oraz Barcelonę - późniejszego mistrza Hiszpanii. W finale zmierzył się z koronowanym już mistrzem Niemiec. To chyba rozstrzyga jakiekolwiek wątpliwości.

2. Bohater. Dobrze stało się, że bohaterem finału został Diego Milito. Z jednej strony, w Interze znalazłoby się kilku graczy o znacznie większym potencjale narracyjnym, ot, choćby Samuel Eto'o, Milito jednak był świetnym symbolem tego, jak o drużynie myśli Jose Mourinho. A myśli o niej właśnie jako o drużynie, wielogłowym, wielorękim i wielonogim organizmie, w którym nie ma równych i równiejszych. Ilu trenerów miałoby odwagę, żeby z dwóch nowych snajperów to gwiazdę Barcelony (Nowej Wspaniałej Barcelony) zmieniłoby w harującego jak wół wyrobnika? Tak zrobił Mourinho, który na Eto'o nałożył tonę obowiązków obronnych, natomiast od Milito - napastnika wiecznie cenionego, ale nigdy docenionego naprawdę - oczekiwał trafień. I doczekał się - zarówno w lidze, gdzie Milito nastrzelał 22 bramki, jak i w Lidze Mistrzów. W najważniejszym momencie Argentyńczyk, gracz całe życie drugi, który nawet jak był pierwszy, to się jak drugi czuł, mógł pokazać się całej krasie.

3. Sprawiedliwość dziejowa. Jeśli w sobotnim triumfie doszukiwać się słuszności w ramach wielkiego schematu wszechrzeczy, to jedno uzasadnienie znaleźć bardzo łatwo. Inter wygrał, bo wygrać musiał. Bo musiał jakoś zostać wynagrodzony Javier Zanetti - bohater cichy, cichszy pod cichości samej, ale tym bardziej dzięki temu bohaterski. Symbol Interu, od 15 lat wierny barwom. 37-latek, któremu kondycji mogłoby pozazdrościć wielu kolegów nie tylko młodszych, ale jednocześnie obdarzonych płucami bez dna. Perfekcyjne ucieleśnienie faktu, że piłka nożna jest grą zespołową - tak chętnie podważanego przez szukających bohaterskich narracji dziennikarzy i kreujących poruszające ogólnoświatową wyobraźnię stojaki reklamowe marketingowców. Javier Zanetti - sportowiec absolutnie wzorcowy, któremu się należało. Koniec kropka.

4. Emocje. Trzeba przyznać, że nieco mniejsze, niż można się było spodziewać. Obie drużyny zaskoczyły tym, że nie zaskoczyły. Inter rozprawił się z Bayernem bezlitośnie, z ekonomią ruchów godną największej energetycznej sknery, nie wykonując ani jednego ruchu, ani jednego dryblingu ponad to, co absolutnie niezbędne do zwycięstwa. Bayern zagrał odważnie, ofensywnie, bez respektu, choć wiadomo było, że rywal armaty ma potężniejsze. Na nieszczęście dla Bayernu okazało się, że przede wszystkim rywal ma potężniejsze zasieki. Walter Samuel i Lucio wydawali się mieć w sobotę po trzy metry każdy i własne pole grawitacyjne przyciągające do nich piłki, które znalazły się zbyt blisko bramki. Tymczasem Daniel van Buyten i Martin Demichelis, gdyby oczywiście Bayern wygrał, byliby najgorszym duetem stoperów od czasu madryckiego zestawu Ivan Campo - Aitor Karanka. Czyli od czasów naprawdę dawnych.

5. Pamięć. Przez to mecz wyglądał tak, jak wyglądał. Krótko mówić - Inter inicjatywę chętnie oddał, Bayern ją chętnie przyjął i dał się nią pokonać. Wielkich wydarzeń, rodzących odwieczne pytanie ''co by było gdyby'' nie zanotowano. Nawet jak się zdarzyły - tak jak zagranie Maicona ręką w polu karnym - nie miało znaczenia, bo po prostu wygrał lepszy.

6. Nieobecność. Tu warto jeszcze poświęcić chwilę największemu nieobecnemu finału - Franckowi Ribery'emu. Nieobecnemu całkowicie zasłużenie - takie faule bowiem, jak ten, którego dopuścił się w półfinale należy piętnować bez litości. Powiedzmy sobie to raz i zamknijmy temat na wieki - obecność Ribery'ego nic by nie zmieniła. Bayernowi nie zabrakło w sobotę armat. Bayernowi zabrakło w sobotę wszystkiego i nawet jeśli niedobory niekiedy wyglądały na nieznaczne - nie na były nieznaczne na tyle, żeby dałoby się je w całości zasypać jednym Riberym.

7. Obecność. Było o nieobecnych, warto wspomnieć też słowo o obecnych. Ba, o pierwszoplanowych. Obie drużyny w sobotę napędzali ludzie, którzy jeszcze rok temu grali w zupełnie innym klubie. Klubie, który wydawszy ćwierć miliarda euro, odpadł w 1/8 finału. Klubie, który obu zawodników nie tyle się pozbył, co ze wzgardą odrzucił. Tocząc swoje finałowe pojedynki na jego stadionie zarówno Sneijder jak i Robben z pewnością odczuwali chociaż odrobinę satysfakcji.

8. Historia. Wydarzyła się w sobotę. Jose Mourinho został trzecim trenerem w historii po Ernście Happelu i Ottmarze Hitzfeldzie, który zdobył Puchar Europy/Ligę Mistrzów z dwiema drużynami. A ma dopiero 47 lat i niemal na pewno w przyszłym sezonie będzie trenował Real Madryt. Kto się założy, że w przeciągu roku, no, może kilku lat będzie rekordzistą samodzielnym?

9. Refleksja. To, co wydarzyło się w sobotę było zwieńczeniem procesu, który trwał lata. Massimo Moratti objął Inter w roku 1995 i jakby uparł się, żeby stworzyć w nim największy bałagan świata, który przebić udało się dopiero galaktycznemu cyrkowi Florentino Pereza i Ramona Calderona. Hurtowo robione bezsensowne transfery, rotacja trenerami wręcz szaleńcza i tylko jeden regularny mianownik - klęska za klęską. Zmieniło się to dopiero w 2004 r., kiedy Moratti zrozumiał, że klub potrzebuje stabilności. Postawił na Roberto Manciniego i tego się trzymał. Opłaciło się - Mancini, z niewielką pomocą afery calciopoli dał Interowi wyczekiwane przez długie lata scudetto. A potem jeszcze dwa. Kiedy odchodził z klubu, Inter był już we Włoszech hegemonem absolutnym. Mourinho stworzył w Mediolanie drużynę autorską, ale fundament do jej budowania miał idealny. Wszystko dzięki temu, że nawet taki raptus jak Moratti był się w stanie nauczyć cierpliwości.

10. Przyszłość. Nie sposób o niej nie myśleć. Mourinho w zasadzie wprost ogłosił, że z Interem się rozstaje i niemal wprost ogłosił, że w przyszłym sezonie poprowadzi Real Madryt. Drużynę już teraz fantastycznie wyposażoną w talent będzie mógł przerobić po swojemu przy środkach może nie nieograniczonych, ale z pewnością niemałych. Co pozwala już dziś zapytać - czy Real jednocześnie stał się największym wygranym przyszłorocznej Ligi Mistrzów? Cóż, jeśli Mourinho pozwolą pracować - może być taki wypadek. Ale Florentino Perez nie zwykł pozwalać trenerom pracować. To może się skończyć zarówno drużyną absolutnie wybitną, jak również absolutnie wybitną klapą.

Piotr Mikołajczyk

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX